Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eFinanse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eFinanse. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2008

W jaki sposob sfinansowac zakup nieruchomosci?

PŁACIMY DO 340 ZŁ ZA
KAŻDEGO UCZESTNIKA SEMINARIUM
pt.:

W jaki sposób sfinansować zakup nieruchomości
z minimalnym lub zerowym wkładem?

Opis Programu Partnerskiego

Program Partnerski jest atrakcyjną ofertą pracy przede wszystkim dla osób posiadających dostęp do internetu. Zadaniem każdego Partnera (współpracownika) zarejestrowanego w Programie Partnerskim jest pozyskanie jak największej liczby osób zainteresowanych udziałem w seminarium dla inwestorów w branży nieruchomości, opisanym pod adresem www.kursy-finansowe.pl.

Osoby, które ukończyły 16 rok życia mogą brać udział w Programie Partnerskim. Niezbędne jest jednak po dokonaniu rejestracji w systemie Programu Partnerskiego, przesłanie na piśmie zgody rodziców. Standardowy druk dostępny jest po zalogowaniu się do Strefy Partnera, w zakładce „Materiały do pobrania".

W Programie Partnerskim wypłacamy wynagrodzenie prowizyjne do głębokości trzech linii sponsorowania - co oznacza, że każdy Partner może budować swój zespół sprzedażowy, z którego efektywnej pracy otrzyma nadprowizję.

Zasady systemu wynagrodzeń:

  • 200 zł brutto - otrzymujesz za każde skuteczne polecenie uczestnika seminarium (sprzedaż własna) - pierwsza linia
  • 90 zł brutto - otrzymujesz za każde skuteczne polecenie uczestnika seminarium przez Twojego bezpośredniego Współpracownika - druga linia sponsorowania
  • 50 zł brutto - za polecenie uczestnika seminarium przez Współpracownika z drugiej linii sponsorowania - trzecia linia.

Aby wziąć udział w Programie Partnerskim należy dokonać rejestracji w systemie wypełniając przygotowany formularz. Wystarczy kliknąć w zamieszczony niżej przycisk "Przystępuję do programu partnerskiego", lub w oknie logowania po prawej stronie kliknąć w link "Nowe konto".

piątek, 12 października 2007

Mały parkiet i wsparcie Unii

W tym roku rozkręcenie biznesu będzie łatwiejsze niż dotychczas - na rynku finansowym pojawia się coraz więcej możliwości pożyczek i dotacji.

Tempo wzrostu produktu krajowego brutto sięgnęło po trzech kwartałach zeszłego roku 5,8 proc. i było najwyższe od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Trudno wyobrazić sobie lepsze czasy dla biznesu: rośnie eksport, Polacy zarabiają coraz więcej, zwiększa się konsumpcja. Banki nie są już tak ostrożne w udzielaniu kredytów jak jeszcze kilka lat temu, bo ryzyko bankructw, a tym samym straty pożyczonych pieniędzy, radykalnie spadło. Konkurencja na rynku finansowym zrobiła się tak ostra, że o względy klientów trzeba zabiegać ze wszystkich sił. A jak to zrobić? Po prostu obniżając marże, tnąc prowizje i redukując do minimum kryteria przyznawania pożyczek.

Przede wszystkim własne pieniądze
Firma doradcza Ernst & Young przekonuje, że małe przedsiębiorstwa zaczęły pożyczać od banków, ale prawdziwy przełom ma nastąpić dopiero w tym roku. Według niej w ciągu 4-5 lat wartość kredytów dla małych firm potroi się, czyli sięgnie 30 mld zł.
Ale to dopiero przyszłość. Na razie biznes zarabia krocie i niechętnie się zapożycza - jego zysk netto sięgnął 50,7 mld zł po trzech kwartałach zeszłego roku, o ponad 10 mld zł więcej niż rok wcześniej. Firmy trzymają pieniądze przede wszystkim na kontach bankowych i tylko część inwestują. Widać to po danych NBP, według których w zeszłym roku depozyty firm wzrosły aż o 25,6 proc., czyli prawie dwa razy bardziej niż brane przez nie kredyty.
Analitycy nie widzą w tym nic nadzwyczajnego, bo po chudym początku XXI wieku, kiedy przedsiębiorstwa wpadły w tarapaty, a banki nie chciały pożyczyć im ani grosza, teraz biznesmeni wolą dmuchać na zimne. Taki okres chomikowania trwa zwykle rok czy nawet półtora. Dopiero później firma zaczyna śmielej inwestować. Według Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan zdecydowana większość małych i średnich firm ma na tyle dobre wyniki finansowe, że bez problemów może pożyczyć pieniądze w banku, ale nie jest tym zainteresowana. Aż 70 proc. pytanych przez Lewiatana przedstawicieli drobnego biznesu twierdzi, że źródłem finansowania inwestycji pozostają dla nich środki własne.

Sami nie dadzÄ… rady
Jednak wcześniej czy później mała firma sięgnie po środki z zewnątrz. Oczywiście pod warunkiem, że będzie chciała się rozwijać. A tak zapewne się stanie, bo sprzyja temu koniunktura gospodarcza i rosnące dochody Polaków. Miesięczne wynagrodzenia w przedsiębiorstwach przekroczyły 3 tys. zł (zwiększyły się o prawie 5 proc.), wzrosła konsumpcja, poprawiły się nastroje społeczne. Według raportu organizacji międzynarodowej skupiającej firmy doradcze Grant Thornton International 72 proc. biznesmenów deklaruje chęć zainwestowania w 2007 roku w maszyny, a 29 proc. zamierza zwiększyć zatrudnienie. Jak pokazuje sondaż, szefowie niewielkich polskich firm prawie dwa razy częściej niż menedżerowie z innych krajów Unii zapowiadają zwiększenie inwestycji. Po raz pierwszy od pięciu lat ranking Grant Thornton pokazuje, że Polska ze wskaźnikiem 42 proc. ma więcej optymistów niż USA. Na tle świata i Unii Europejskiej wypada porównywalnie, natomiast wyprzedza je pod względem inwestycji.

Miliardy z Unii
Najwięcej pieniędzy małe i średnie przedsiębiorstwa otrzymają z Unii Europejskiej. W latach 2007-2013 UE chce wpompować do Polski 67 miliardów euro. Gros tych pieniędzy trafi do firm. Jednak przedsiębiorstwo ubiegające się o unijne dotacje musi wyłożyć część pieniędzy z własnej kieszeni. Z doświadczeń dotychczas realizowanych programów pomocowych wynika, że połowa środków będzie pochodziła z Brukseli, drugą część wyłożą same firmy i wspierające je banki. Być może pomoc instytucji finansowych nie będzie musiała być tak duża jak przed laty, bo firmy w większym stopniu będą korzystały z zaliczek. Niemniej skala projektów przewidzianych na lata 2007-2013 jest o wiele wyższa, bez zewnętrznej pomocy z pewnością więc się nie obejdzie.

PieniÄ…dze na innowacje
Sztandarowy unijny program "Innowacyjna gospodarka" adresowany do firm w ciągu pięciu lat powinien przynieść polskim przedsiębiorstwom około 4,4 mld euro. Program adresowany jest przede wszystkim do tych, którzy stawiają na nowoczesność. Za środki z Brukseli będą mogli wdrożyć najnowsze technologie i zmodernizować własne firmy. Bruksela chce dać na to duże pieniądze, bo tego typu przedsięwzięcia nie są chętnie finansowane przez komercyjne banki. Nawet fundusze podwyższonego ryzyka omijają takie firmy z daleka. Nic dziwnego, skoro w przypadku niewielkich przedsiębiorstw przedsięwzięcia nie mają wysokiej wartości, natomiast ich obsługa jest kosztowna.
Brukseli to nie zraża, dlatego chce wydać miliardy na śmiałe pomysły, nawet gdyby miały one niewielki zasięg. Ponieważ jednak będzie ich wiele, mogą rozruszać całą gospodarkę. Ich wpływ może być zbawienny także dla firm przede wszystkim małych i średnich.

Prostsze procedury
Żeby skorzystać z pieniędzy na innowacje, mała firma będzie musiała przejść przez unijne procedury. Projekt zostanie oceniony przez fachowca już na wstępnym etapie, a wszystkie potrzebne dokumenty trzeba będzie dostarczyć tuż przed wydaniem decyzji w sprawie dotacji. To radykalnie obniży koszty i ograniczy do minimum mitręgę związaną z procedurą.
"Innowacyjna gospodarka" nie jest programem dla mało ambitnych średniaków. Tu nie ma pieniędzy na wymianę starych maszyn na nowe. Program ma wprowadzić do firmy nowe technologie i zupełnie inne rozwiązania. Firma będzie mogła z unijnej dotacji opłacić badania naukowe czy też unowocześnić własne laboratorium, które pozwoli jej osiągnąć te cele. Na przygotowanie biznesplanów jest jeszcze trochę czasu, bo "Innowacyjna gospodarka" ruszy prawdopodobnie na przełomie lata i jesieni.

MajÄ…tek na edukacjÄ™
Jeszcze większe pieniądze, bo połowa z ponad 11,4 mld euro, które UE i budżet naszego państwa przeznaczyły na program operacyjny "Kapitał ludzki", zostanie wyasygnowana na edukację dorosłych. Z tych środków będzie można skorzystać w przyszłym roku, kiedy ruszą pierwsze szkolenia organizowane z nowej puli. Trafią one do przedsiębiorców przede wszystkim za pośrednictwem samorządów. To tam, a nie tylko w instytucjach centralnych - Ministerstwie Gospodarki, Ministerstwie Rozwoju Regionalnego czy w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości - trzeba szukać unijnych pieniędzy. Lokalne, niewielkie firmy powinny tam skierować swoje pierwsze kroki w poszukiwaniu środków.
W gąszczu unijnych dotacji lepiej nie poruszać się na oślep. Warto wiedzieć, gdzie i po co można się zwrócić. Można też skorzystać ze szkoleń. Zwykle są one płatne, jednak zdobyte na nich umiejętności mogą okazać się bezcenne - do podziału są w końcu miliardy euro.

Dystans do szkoleń
Na razie jednak maÅ‚e i Å›rednie firmy nie palÄ… siÄ™ do szkoleÅ„. I to ani do tych pomagajÄ…cych zdobyć wiedzÄ™ o funduszach unijnych, ani do podnoszÄ…cych kwalifikacje pracowników. Tak twierdzi Leszek GreÅ„, dyrektor generalny firmy GreÅ„ Communication, która za unijne pieniÄ…dze przeszkoliÅ‚a w ciÄ…gu roku 750 osób z dużych i maÅ‚ych firm. GreÅ„ uważa, że nowe umiejÄ™tnoÅ›ci nie sÄ… wykorzystywane w firmie, bo szefowie maÅ‚ych firm widzÄ… wrÄ™cz zagrożenie w poszerzaniu wiedzy pracowników. Co wiÄ™cej - niektórzy pracodawcy bojÄ… siÄ™, że wyedukowany pracownik znajdzie lepszÄ… pracÄ™ i odejdzie z firmy. Być może obawy pracodawców sÄ… uzasadnione, bo rynek pracy przestaÅ‚ rozpieszczać szefów firm. Polacy chÄ™tniej zmieniajÄ… pracÄ™, wyjeżdżajÄ
… na Zachód i podnoszÄ… kwalifikacje, gdy nadarzy siÄ™ okazja. Utrzymanie pracownika to teraz nie lada sztuka, zwÅ‚aszcza w tak deficytowych branżach, jak np. budownictwo. Wspólnota znalazÅ‚a jednak na to sposób i niektóre programy szkoleniowe skonstruowaÅ‚a tak, by zapeÅ‚nić luki, jakie powstajÄ… po wyjeździe fachowców na Zachód.

Pożyczka z Brukseli
Wielkie pieniądze z Unii to nie jedyne źródło kapitałów dla małych i średnich firm. Drobny biznes szuka też wsparcia w instytucjach znajdujących się często za miedzą. Należą do nich fundusze pożyczkowe. Można dostać u nich pieniądze taniej niż w banku, bez uciążliwych procedur. Dla właściciela sklepu czy niewielkiego warsztatu rodzinnego wystarczy kilkadziesiąt tysięcy złotych pożyczki, by rozkręcić interes. Zwłaszcza że fundusze pożyczkowe mogą również liczyć na wsparcie z Brukseli.
Przez wiele lat pożyczały one niewielkie kwoty, sięgające kilkudziesięciu tysięcy złotych, jednak od czasu, gdy dofinansowuje je Bruksela, podniosły wysokość kredytów nawet do ponad 100 tys. zł. Oprocentowanie - jak na pożyczki dla firm - bywa niskie, w granicach nawet 4 proc. Wszystko zależy od tego, jak wiarygodny jest dłużnik, ile osób za niego poręcza i czy z funduszem współpracuje bez zarzutów już od dłuższego czasu. Gdy mała firma zbierze wiele dobrych rekomendacji, może liczyć również na umorzenie części długu.

W drodze do banku
O takich bonusach w komercyjnych bankach nie ma nawet co marzyć. Dopiero od niedawna małe firmy mogą tam otrzymać kredyt na czas dłuższy niż rok, podczas gdy w funduszach pożyczkowych bez większych problemów dostają pożyczkę nawet na pięć lat. Fundusze pożyczkowe są przedsionkiem banków. To tam firmy stają na nogi, poprawiają swoją kondycję finansową, by potem, gdy już będą mocniejsze, starać się o dużo większy kredyt w banku komercyjnym. W funduszach pożyczkowych małe przedsiębiorstwa budują historię kredytową, którą potem będą mogły przedstawić bankowi. Do takiej współpracy chętnych jest coraz więcej. Kilkanaście funduszy rozrosło się do ponad osiemdziesięciu (w 1992 r. były tylko trzy). Liderem na tym rynku jest Fundusz Mikro, który w ciągu przeszło dziesięciu lat udzielił ponad 90 tys. pożyczek. Nie są to wielkie kwoty, bo chociaż Fundusz Mikro do listopada zeszłego roku wydał na kredyty 701,6 mln zł, to i tak średnia wartość pożyczki sięga zaledwie 7,7 tys. zł. Dla wszystkich funduszy pożyczkowych jest ona wyższa (w 2005 r. wynosiła 14,4 tys. zł).Takie pieniądze mogą wystarczyć na rozbudowę warsztatu lub zakup sklepowych regałów. I klientów tych instytucji zwykle to zado-wala: w Funduszu Mikro ponad połowa kredytobiorców pochodzi z branży handlowej, 36 proc. to usługi, a zaledwie 9 proc. to sektor produkcyjny.

Poręczenie w funduszu
Pożyczka to nie wszystko, co można dostać w takim funduszu. Niektóre z nich udzielają również poręczeń. Tak jest w Polskiej Fundacji Przedsiębiorczości, która obsługuje małe przedsiębiorstwa. Poręczenie można dostać na spłatę kredytu w banku czy nawet pożyczki w funduszu poręczeniowym. Korzystają z nich te firmy, które mają zbyt małe kapitały, by samodzielnie zagwarantować spłatę kredytu.
Takich instytucji udzielających poręczeń nie brakuje. Można się ubiegać o nie również w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Zarówno pożyczki, jak i poręczenia udzielane przez PARP regulują ministerialne rozporządzenia. Poręczenia mogą służyć spłacie kredytów, ale tylko wtedy, gdy zostaną zaciągnięte w instytucji, z którą fundusz poręczeniowy zawarł specjalną umowę. Lista jest zwykle długa i obejmuje najczęściej duże i mniejsze banki komercyjne.

Wspólnie z venture capital
Drobny biznes może również próbować zdobyć środki w funduszach private
equity/venture capital. Dysponują one kapitałem sięgającym setek milionów dolarów. Jednak na razie funduszy, które interesowałyby małe firmy, jest jak na lekarstwo. Wprawdzie w Polsce działa ich już ponad 40, ale wybierają one najczęściej średnie, warte co najmniej kilka milionów projekty. Na przykład minimalny limit inwestycyjny największego z nich - Enterprise Investors - wynosi 3 mln euro.
Są to fundusze wysokiego ryzyka, które najczęściej lokują pieniądze w firmy znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju, a gdy przedsięwzięcie się powiedzie, sprzedają z zyskiem swoje udziały. W Polsce takie inwestycje to ciągle nowość. Według Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych do małych firm trafia zaledwie kilka procent środków zarządzanych przez venture capital. Być może to się zmieni, gdyż pod koniec roku zaczął działać Inveno - fundusz venture capital, który będzie inwestował wyłącznie w małe firmy. To na razie kropla w morzu potrzeb, bo Inveno na swoje projekty wyłoży zaledwie 20 mln zł, za które ma zamiar sfinansować 20 firm. Możliwe jednak, że w ślad za nim pójdą kolejne fundusze. Jednak trzeba pamiętać, że private equity/venture capital nie są organizacjami non profit, jak fundusze pożyczkowe. Ich celem jest zysk. Dlatego venture capital dają wprawdzie pieniądze, ale w zamian przejmują zarządzanie nad firmą, kupują większościowe udziały, a po około pięciu latach je sprzedają. Współpraca z venture capital może oznaczać więc dla przedsiębiorcy konieczność dzielenia się władzą z innymi.

Po kapitał na giełdę
Mniejsze ryzyko utraty kontroli nad firmą wiąże się z wprowadzeniem spółki na giełdę. To atrakcyjny sposób pozyskania kapitału, zwłaszcza że warszawski parkiet już dawno przestał być domeną wyłącznie dużych przedsiębiorstw. Po wielkich prywatyzacjach zaczęły pojawiać się na niej również małe i średnie firmy. Szczególnie interesujący był pod tym względem ubiegły rok, kiedy wśród debiutantów dominowały spółki średniej wielkości.
Giełda przyciąga emitentów, bo od przeszło dwóch lat trwa na niej dobra passa. Akcje cieszą się dużym wzięciem, bez trudu można więc je sprzedać, a do tego rosną notowania giełdowe, co z kolei pozwala osiągać inwestorom spore zyski. W zeszłym roku rekordy biły najczęściej indeksy średnich i małych spółek, które także najbardziej wzrosły na przestrzeni całego roku: indeks średnich firm MIDWIG zwiększył się o 70,4 proc., a małych WIRR - o 133,4 proc.
W tym roku na warszawskim parkiecie również ma pojawić się wielu debiutantów (może paść nawet najlepszy wynik w historii GPW, bo mówi się o 60 giełdowych wodowaniach), a wśród nich nie zabraknie także małych firm. Zwłaszcza że zarząd giełdy dwoi się i troi, by zachęcić do debiutów jak największą grupę niewielkich spółek. Dlatego stworzył tzw. program firm partnerskich, które pomagają im wejść na rynek kapitałowy. Obejmuje on m.in. firmy inwestycyjne, prawnicze, audytorskie, doradztwa finansowego, które uczestniczą w realizowaniu ofert pierwotnych o wartości do 100 mln zł, gdzie koszt pozyskania kapitału nie przekracza 5 proc. wartości emisji.

Parkiet dla małych firm
Jednak prawdziwa rewolucja dokona się pod koniec III kwartału, kiedy na warszawskim parkiecie pojawi się tzw. Nowy Rynek. Będzie to platforma obrotu służąca finansowaniu rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw. Nowy Rynek uzyska status rynku nieregulowanego. Według prezesa giełdy Ludwika Sobolewskiego uzupełni on oferty kierowane do małych i średnich przedsiębiorstw przez PARP i Ministerstwo Gospodarki. Potencjalnych uczestników Nowego Rynku już teraz można oszacować na kilka tysięcy. W samym resorcie gospodarki wytypowano armię firm, które przeszły procedury aplikacyjne, mają ciekawe pomysły, ale brakuje im środków na rozwój. Będą mogły poszukać go na nowym, specjalnie dla nich stworzonym parkiecie. Z kolei PARP spośród 14 tys. firm ze swoj
ej bazy wyselekcjonował blisko 1200 przedsiębiorstw, do których została wysłana informacja o możliwościach finansowania rozwoju poprzez Nowy Rynek.
Prace nad nową platformą notowań nabrały już ostrego tempa. Warszawska giełda ma nawet gotowy szczegółowy plan notowań. Według Łukasza Jagiełły, dyrektora działu planowania i rozwoju biznesu GPW, Nowy Rynek będzie finansował małe podmioty o dużych perspektywach rozwoju. Giełda nie ukrywa, że zostanie on tak skonstruowany, by był alternatywą dla kredytu bankowego. Na Nowym Rynku byłyby notowane małe spółki o kapitalizacji do około 20 mln zł i wartości oferty publicznej od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych. Inwestorami mają być fundusze venture capital/private equity, fundusze zamknięte, ubezpieczeniowe, osoby prywatne z dużym kapitałem i inwestorzy indywidualni akceptujący wyższe ryzyko. Spółki dopuszczone do obrotu na tym rynku będą notowane w alternatywnym systemie obrotu prowadzonym przez GPW. Będzie to więc nowy parkiet, na którym małe firmy mogą znaleźć się po spełnieniu podstawowych zasad bezpieczeństwa w obrocie giełdowym. Firmy notowane na Nowym Rynku muszą spełniać wszystkie obowiązki przypisane spółkom giełdowym, jednak będą tam funkcjonowały na mniej rygorystycznych zasadach niż na rynku regulowanym.

Źródło: Newsweek, dodatek "PORADNIK PRZEDSIĘBIORCY" Numer 05/07 autor: Stefan Gwożnicki


Każdemu według potrzeb

Banki nadrabiają zaległości w obsłudze małych i średnich przedsiębiorstw. Może w tym roku to małe firmy staną się bankowymi pupilami, zastępując w tej roli klientów detalicznych.

Moda na mały biznes trwa już trzeci rok. Ale żadna w tym zasługa banków. To inwestorzy giełdowi wzięli na celownik mniejsze firmy, windując ich notowania znacznie szybciej niż rynkowych tuzów. Banki nie popisały się refleksem i dopiero w szczycie giełdowego boomu dostrzegły rosnące zyski, odżywający apetyt inwestycyjny i potencjał rozwoju tej grupy firm. Teraz jednak nadrabiają zaległości, coraz staranniej dopasowując ofertę do ich zróżnicowanych potrzeb.
Wcześniej przedsiębiorców odstraszało wysokie oprocentowanie kredytów, ich niskie kwoty, skomplikowana procedura przyznawania i wymagane przez banki zabezpieczenia. Prawie dwie trzecie małych i średnich przedsiębiorstw finansowało swój rozwój wyłącznie z własnych środków i wypracowanych zysków, a w okresach pogorszenia płynności odraczało płatności u dostawców. Najmniejsze firmy korzystały z reguły z prywatnych pieniędzy właściciela, któremu bardziej opłacało się zaciągnąć kredyt jako osobie fizycznej niż - jako firmie - toczyć boje z bankiem o kredyt obrotowy.
Banki patrzyły na ten sektor raczej w kategoriach podwyższonego ryzyka niż źródła zysków. Niewielkiego, zważywszy na wstrzemięźliwość kredytową i skromne plany inwestycyjne większości z nich. Ze szczególną rezerwą banki podchodziły do najmniejszych, raczkujących dopiero biznesów, z których, jak dowodzi statystyka, co drugi pada w ciągu pierwszych dwóch lat działalności. Zamiast gry w swoistą rosyjską ruletkę banki wolały lokować pieniądze w bezpieczne i wysoko przez lata oprocentowane obligacje skarbowe bądź pożyczać je swym sprawdzonym, okrzepłym na rynku klientom korporacyjnym. W ostatnich latach z zapałem rzuciły się zaś na klienta detalicznego, wciskając mu kredyty (konsumpcyjne, a zwłaszcza hipoteczne) niemal na piękne oczy. Udzielane przy ograniczonych do minimum marżach i prowizjach, gdyż traktowano je jako najbezpieczniejsze, z racji zabezpieczenia na rosnących w cenę nieruchomościach. Małe firmy mogły tylko marzyć o takiej szczodrobliwości i trosce o swe potrzeby.
Do zmiany sposobu traktowania małych i średnich firm przez banki przyczynił się w pierwszym rzędzie boom gospodarczy, wywołany wejściem Polski do Unii Europejskiej. Rosnące w ślad za nim zyski firm z tego sektora, zwłaszcza eksporterów, nie od razu jednak skłoniły banki do zmiany reguł gry: poszerzenia oferty, uproszczenia procedur i liberalizacji zasad udzielania kredytów, wydłużenia okresu kredytowania czy obniżki prowizji. Stało się tak dopiero, gdy rosnące dochody drobnego biznesu zaczęły się przekładać na ich zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne i skłonność do inwestowania, które obserwujemy dopiero od zeszłego roku.
Kusząca banki poprawa kondycji ekonomicznej, a tym samym spadek ryzyka finansowania dotyczy jednak nieco większych i dojrzalszych firm, których roczne przychody sięgają od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych. A jest ich w kraju góra 70-80 tysięcy, co stanowi drobną ilościowo część sektora małych i średnich przedsiębiorstw. 95 proc. tego sektora, czyli ok. 2 milionów aktywnych gospodarczo podmiotów, to tzw. mikrofirmy, z rocznymi obrotami nieprzekraczającymi 800 tys. euro, które zgodnie z przepisami prawa nie muszą prowadzić pełnej księgowości. Z grubsza czwartą część tej armii biznesowych mikrusów stanowią osoby fizyczne pracujące w ramach samozatrudnienia.
Szybko rosnąca liczba tego typu podmiotów uczyniła z nich łakomy kąsek dla banków, mimo w sumie niewielkiego z ich strony zapotrzebowania na usługi bankowe. Dla większości mikrofirm ograniczają się one do posiadania rachunku w banku, z którego dokonywane są rozliczenia z podobnymi co do skali firmami, niewielkie zakupy towarów i artykułów biurowych oraz przelewy do ZUS i urzędów skarbowych. Z grubsza 60 proc. z nich zaspokaja swe potrzeby finansowe i rozwojowe z zarobionych pieniędzy, a ci, którym ich nie starcza, w większości zadowalają się uzgodnionym z bankiem limitem debetowym, czyli swoistym kredytem na rachunku bieżącym. Jednostkowe dochody banków z tego typu klientów pochodzą głównie z opłat za prowadzenie rachunku, przelewy czy stałe zlecenia i nie są duże, często poniżej 1000 zł rocznie. Jednak pomnożone przez setki tysięcy mikrofirm przyciągniętych do najbardziej aktywnych i konkurencyjnych banków dają już znaczne kwoty. W wielu bankach dochody z obsługi najmniejszych firm odpowiadają już 20-30 proc. dochodów z całego sektora korporacyjnego i szybko rosną. Gra o biznesowych mikrusów stała się warta świeczki.

Jednak większość banków ma problemy z precyzyjnym określeniem potrzeb tak bardzo zróżnicowanego sektora, a także odpowiednim umiejscowieniem obsługi małych i średnich przedsiębiorstw w swych strukturach. Chodzi zwłaszcza o te najmniejsze, bez osobowości prawnej, z uproszczoną księgowością i maksymalnymi obrotami rzędu kilkuset tysięcy złotych rocznie, których oczekiwania dotyczące oferty banku są często bliższe potrzebom osób fizycznych niż firm. To echo przeszłości, gdy banki nie mogły się zdecydować, czy traktować ten sektor jako klientów
korporacyjnych, z dokładną analizą ich zdolności kredytowej i przepływów pieniężnych (cash flow), czy też uznać go za część sektora detalicznego. Zresztą ta rozterka jest dostrzegalna do dziś.
Stąd na przykład w Banku Millennium obsługę małych firm skoncentrowano w segmencie Biznes, wydzielonym w sieci bankowości detalicznej. Co nie przeszkadza bankowi w precyzyjnym wyodrębnianiu różnych kategorii sektora MiS (tzw. masowych mikrofirm, z rocznymi przychodami do 400-500 tys. zł, właściwych mikrofirm z obrotami do 800 tys. euro oraz pozostałych, prowadzących pełną księgowość) i dostosowywaniu oferty do ich potrzeb. W większości banków małe i średnie firmy, niezależnie od rozmiarów, umieszczono w segmencie korporacyjnym. Z kolei w grupie BRE Banku dokonano podziału na mikrofirmy oraz małe i średnie przedsiębiorstwa, prowadzące pełną księgowość i wykazujące od ok. 3 do 30 mln zł rocznych przychodów. Tymi drugimi zajmuje się sam BRE Bank, natomiast mikrofirmy obsługiwane są przez detaliczne ramiona grupy - Multibank i mBank.
Niezależnie jednak od umiejscowienia obsługi małego biznesu banki coraz ostrzej konkurują o jego względy. Część z nich, choć coraz mniej liczna, rywalizuje głównie cenami usług, traktując je jako główny magnes dla klientów. Większość kładzie jednak akcent na wszechstronność oferty i na rozmaitość kanałów komunikacji z bankiem, którego siedziby są coraz rzadziej odwiedzane przez przedsiębiorców. Poza internetem i automatycznymi serwisami telefonicznymi coraz popularniejszy staje się kontakt przez SMS czy WAP.
Konkurencję cenową widać przede wszystkim w segmencie mikrofirm, a zwłaszcza osób samozatrudniających się. Dla tej kategorii klientów, potrzebujących najprostszych kont, służących do gromadzenia środków oraz rozliczeń gotówkowych i bezgotówkowych oraz adekwatnych do tego usług banku, różnica kilkunastu złotych w miesięcznym koszcie prowadzenia rachunku czy wręcz 50 gr w opłatach za przelew czy stałe zlecenie ma istotne znaczenie. W skali roku oznaczać przecież może kilkaset, a czasem parę tysięcy złotych oszczędności, ważnych dla opłacalności drobnego biznesu.
Drobni przedsiębiorcy mogą już znaleźć banki, gdzie miesięczny koszt prowadzenia rachunku, oferowanego w ramach pakietu usług, nie przekracza 10 zł. Najbardziej drapieżni na rynku, jak mBank,
który pozyskał już ponad 130 tysięcy drobnych przedsiębiorców, w ogóle zrezygnowali z tej opłaty. Standar
dem staje się darmowy dostęp do obsługi rachunku przez internet, a jednorazowy przelew do innego banku lub realizacja stałego zlecenia coraz rzadziej kosztuje ponad 1 zł. Większość banków wydaje też gratis karty płatnicze i rezygnuje z opłat za ich użytkowanie. Stosunkowo nieliczne banki (np. Pekao SA, PKO BP czy ING BSK) decydują się natomiast na wydawanie drobnym przedsiębiorcom kart kredytowych, będących korzystną alternatywą kredytu na rachunku bieżącym.
Obniżkę oraz standaryzację opłat i prowizji pobieranych od najmniejszych firm najmniej widać w przypadku pożyczania pieniędzy. Banki wciąż obawiają się ich nagłej niewypłacalności bądź zaniechania działalności. Stąd nawet najprostszy produkt kredytowy, w postaci limitu debetowego na rachunku, oferowany jest tylko tym, którzy prowadzą działalność przynajmniej od 12 miesięcy. Niektóre banki, jak PKO BP, wymagają 15 miesięcy, a Raiffeisen Bank Polska nawet dwóch lat obecności na rynku. W tym wypadku widać też różnice w prowizjach od udzielenia limitu debetowego - od 0 w mBanku do maksymalnie 4 proc. w Raiffeisen czy Multibanku, a w Citibanku minimum 500 zł. Większość banków rekompensuje natomiast te koszty uproszczeniem do minimum procedur udzielania kredytów na bieżącą działalność (decyzję podejmują zazwyczaj w ciągu w 2-3 dni) bez sterty zaświadczeń z ZUS czy urzędu skarbowego, bez biznesplanów i przy nieporównanie mniejszych niż dawniej zabezpieczeniach. Dziś standardem staje się weksel in blanco oraz pełnomocnictwo dla banku do dysponowania rachunkiem przedsiębiorcy.
W przypadku firm z obrotami liczonymi w milionach złotych kilkadziesiąt czy nawet kilkaset złotych miesięcznie nie robi różnicy. Ważniejszy jest profesjonalizm i szybkość obsługi oraz bogactwo oferty bankowej. W tej mocno zróżnicowanej grupie firm, z których jedne świetnie prosperują i podbijają rynek w swych branżowych niszach, a inne wciąż cienko przędą, trudno mówić o standaryzacji prowizji czy oprocentowania kredytów, które są funkcją oceny zdolności kredytowej oraz posiadanych zabezpieczeń. Regułą jest więc indywidualne ich negocjowanie z bankami, podobnie jak ustalanie wielkości kredytów. Normą w ofercie staje się natomiast pełna paleta kredytów na rachunku bieżącym (obrotowe, inwestycyjne, hipoteczne). Większość banków pośredniczy też w udostępnianiu małym i średnim firmom kredytów z funduszy strukturalnych UE.
Zakres usług świadczonych tej grupie firm jest nieporównanie szerszy niż przed paru laty i powoli dorównuje tym, z których korzystają duzi klienci korporacyjni. Dotyczy to nie tylko pożyczania pieniędzy, ale i lokowania ich nadwyżek w różne produkty oszczędnościowe, w tym fundusze inwestycyjne. W najbardziej zabiegających o ten sektor bankach, jak BRE Bank, każdy klient ma osobistego doradcę, który wskaże na przykład, czy w danej sytuacji korzystniejszym rozwiązaniem będzie kredyt, czy leasing. Oferta dla małego biznesu coraz częściej wykracza poza typowo bankowe usługi. Oprócz wspomnianego leasingu banki oferują usługi factoringowe czy też ubezpieczeniowe. Niektóre zachęcają klientów rabatami na zakupy w wybranych sieciach handlowych czy sklepach lub, jak Pekao SA, serwisem consierge, dającym możliwość zarezerwowania biletu na samolot czy koncert lub wysłania kwiatów.

Źródło: Newsweek, dodatek "PORADNIK PRZEDSIĘBIORCY" Numer 05/07 autor: Miłosz Węglewski


Mały podatnik duża ulga

Mamy dobrą wiadomość dla właścicieli małych i średnich firm. Dzięki nowym przepisom dotyczącym amortyzacji można przez kilka lat w ogóle nie płacić podatku.

Warunek jest jeden - trzeba inwestować. Z pozoru drobne zmiany w przepisach ustaw podatkowych w sposób dość istotny zmieniły zasady prowadzenia ewidencji w 2007 roku. Dotyczy to zwłaszcza małych przedsiębiorstw, rozliczających się na podstawie podatkowej księgi przychodów i rozchodów. Zmiany te wymagają korekt w programach księgujących.
Zlikwidowana została kategoria kosztów reprezentacji i reklamy niepublicznej, które do końca 2006 r. były limitowane, a w księgach poświęcona im była odrębna kolumna.
Zmiany dotyczą też rozliczania wydatków na zakup zużywających się składników majątku firmy. Nie można już rozliczać ich jako fabrycznie nowych środków trwałych. Natomiast mali podatnicy* - nowa kategoria - w podatku dochodowym oraz podatnicy rozpoczynający po raz pierwszy prowadzenie działalności gospodarczej zyskali prawo w każdym roku podatkowym do pełnej amortyzacji w koszty środków trwałych o równowartości do 50 tys. euro.
Od początku tego roku mali podatnicy mogą wybrać rozliczanie się z fiskusem z podatku dochodowego w trybie kwartalnym. Z rozliczeń kwartalnych skorzystać mogą także ci przedsiębiorcy, którzy dopiero rozpoczną prowadzenie działalności gospodarczej.

Bez deklaracji
Od 2007 r. wszyscy prowadzący działalność gospodarczą płacą zaliczki bez konieczności składania deklaracji podatkowych - miesięcznych lub kwartalnych - w trakcie roku podatkowego. To ułatwienie może jednak w praktyce utrudnić czynności księgowe, ponieważ obecnie żadne przepisy nie regulują, jak udokumentować sposób wyliczenia zaliczki przez podatnika. Poprzednio deklaracja dotycząca zaliczki na podatek stanowiła jednocześnie dokument pokazujący, w jaki sposób podatnik ustalił wysokość zaliczki. To nie jedyny kłopot, z którym zetkną się księgowi. Minister finansów do tej pory nie zmienił rozporządzenia o prowadzeniu podatkowej księgi przychodów i rozchodów, w związku z czym kilka wciąż obowiązujących paragrafów stoi w jawnej sprzeczności z ustawą o podatku dochodowym od osób fizycznych. Dotyczy to np. rozliczania wydatków na reprezentację (które w całości przestały być kosztem podatkowym) lub reklamę niepubliczną, które od 1 stycznia 2007 r. przestały być podatkowym kosztem tylko do granicy 0,25 proc. przychodu.

Koszty bezpośrednie i pośrednie
Od 1 stycznia 2007 r. obowiązują zmienione zasady rozliczania kosztów. Sposób, w jaki należy je rozliczać, zależy od tego, czy dany wydatek jest bezpośrednio związany z przychodami, czy nie. Koszty bezpośrednie to np. w przypadku działalności handlowej koszty zakupu towarów, a przy działalności usługowej zakupu materiałów niezbędnych do wykonania usługi. Natomiast koszty pośrednie to wydatki poniesione np. na utrzymanie siedziby firmy czy samochód. Najogólniej rzecz ujmując, zmienione przepisy nakazują, by wydatki kwalifikowane do kosztów bezpośrednich odliczać wyłącznie od przychodu osiągniętego w tym roku podatkowym, w którym taki wydatek został poniesiony. Gdy zaś zapłata za towar lub usługę nastąpiła już po zakończeniu roku podatkowego (na przykład towar został kupiony w grudniu, a faktura opłacona dopiero w lutym) to taki wydatek można wliczyć w koszty minionego roku tylko w sytuacji, gdy podatnik nie złożył jeszcze rozliczenia rocznego.

Reklama tak, reprezentacja nie
Dwie istotne zmiany w ustawie o PIT dotyczą wydatków na reklamę i reprezentację. Od tego roku wydatki na reklamę, niezależnie od rodzaju jej adresatów, w całości są kosztem prowadzonej działalności, o ile tylko podatnik potrafi wykazać związek przyczynowo-skutkowy między takim wydatkiem a przychodem (zamiarem osiągnięcia przychodu). W całości więc powinny zostać zaksięgowane w kolumnie 14 księgi przychodów.

Od 1 stycznia 2007 roku w koszty zaliczyć nie można w ogóle wydatków na reprezentację, czyli usługi gastronomiczne, zakup jedzenia i napojów (w tym alkoholowych), taksówki. Wyjątkiem są wydatki, które firma ponosi na np. napoje chłodzące dla pracowników, jeśli jest zobligowana odpowiednią normą prawną lub przepisami BHP do ich dostarczania.
Oznacza to, że wszelkie wydatki na reprezentację muszą być pokrywane z dochodu po opodatkowaniu. Swoją przydatność utraciła więc kolumna 12 podatkowej księgi przychodów i rozchodów.

Zaliczki kwartalne
Dzięki dodanym do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych art. 44 ustępom 3g-3i osoby fizyczne prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą, będące małymi podatnikami oraz podatnicy rozpoczynający po raz pierwszy prowadzenie działalności gospodarczej mogą wpłacać zaliczki kwartalne na podatek.
Obowiązek wpłacania zaliczki powstaje w kwartale, w którym dochody przekroczyły kwotę powodującą obowiązek podatkowy, czyli 3013,37 zł (od 2007 r. podatek wyliczony wg pierwszego przedziału skali podatkowej pomniejsza się o 572,54 zł). Zaliczkę za ten kwartał stanowi podatek obliczony od tego dochodu na podstawie skali podatkowej określonej w art. 27 ustawy.
Zaliczkę za kolejne kwartały ustala się w wysokości różnicy pomiędzy podatkiem należnym od dochodu osiągniętego od początku roku a sumą zaliczek za kwartały poprzedzające.
Zaliczki kwartalne podatnicy uiszczają: za I kwartał do 20 kwietnia, za drugi do 20 lipca, za trzeci do 20 października. Natomiast zaliczkę za ostatni kwartał płaci się w wysokości zaliczki za kwartał trzeci w terminie do 20 grudnia.
Z płacenia zaliczek w trybie kwartalnym mogą skorzystać także przedsiębiorcy, którzy za formę opodatkowania dochodów z pozarolniczej działalności gospodarczej wybierają podatek w stałej wysokości 19 proc.
Mali podatnicy, którzy wybrali kwartalny sposób wpłacania zaliczek, są zobowiązani do 20 lutego roku podatkowego zawiadomić urząd skarbowy o swojej decyzji. Podatnicy, którzy rozpoczynają po raz pierwszy prowadzenie działalności w trakcie roku podatkowego, składają zawiadomienie nie później niż w dniu uzyskania pierwszego przychodu.

Szybka amortyzacja
Zgodnie z nowymi przepisami podatnicy w roku podatkowym, w którym rozpoczęli po raz pierwszy prowadzenie działalności gospodarczej oraz mali podatnicy mogą dokonywać jednorazowo odpisów amortyzacyjnych od wartości początkowej środków trwałych.
W przypadku nowej metody amortyzacji, z której małe firmy mogą korzystać począwszy od tego roku, wydatek na składniki majątku można wliczyć w koszty w całości (a więc nie na raty rozliczane latami), pod warunkiem że wydatek (suma wydatków, gdy w ciągu roku zakupimy kilka takich składników majątku) nie przekroczy równowartości 50 tys. euro, a więc prawie 200 tys. zł.
Niezależnie od tego, czy zainwestujemy w zakup środków trwałych gotówkę, czy pieniądze z kredytu, wydatek ten możemy wliczyć w całości w koszty.
Załóżmy, że mały przedsiębiorca chce kupić samochód dostawczy za 90 tys. zł. Wydatek taki może od razu wliczyć w koszty, nawet jeśli weźmie na to kredyt. Załóżmy, że cały zakup sfinansowany zostanie z kredytu zaciągniętego na 5 lat. Rata kapitałowa (90 tys. zł podzielone na 60) wyniesie 1500 zł, odsetki miesięcznie 300 zł. Przychody z działalności wynoszą średnio 8 tys. zł miesięcznie. Jeśli przedsiębiorca wliczy ten wydatek w koszty, by w 2007 r. w ogóle zapłacić podatek, musi osiągnąć obrót przekraczający 93,6 tys. zł: 90 tys. zł ekspresowa amortyzacja samochodu plus 3600 zł - koszt 12 rat odsetkowych od kredytu. Jego przychód roczny (12 razy 8 tys. zł) to 96 tys. zł. Oznacza to, że podatek zapłaci od nadwyżki ponad 93,6 ty
s. zł, czyli 2,4 tys. zł - i to pod warunkiem, że nie poniesie innych kosztów uzyskania przychodu. Jak łatwo policzyć, jeśli taki przedsiębiorca zdecyduje się na płacenie podatku według skali podatkowej, nie zapłaci w ogóle, bo dochód będzie niższy od kwoty wolnej od podatku. A gdy wybierze rozliczenie według stawki liniowej (podatek w stałej wysokości 19 proc.) za cały 2007 rok - zapłaci 456 zł.
Natomiast gdyby nie miał możliwości zastosowania nowej metody, musiałby amortyzować samochód według rocznej stawki 20 proc. Oznacza to, że koszt 2007 r. mógłby pomniejszyć o 18 tys. zł plus 3,6 tys. zł, przez co do opodatkowania miałby 76,4 tys. zł. Nawet gdyby wybrał korzystniejszą w tym przypadku formę opodatkowania, czyli podatek liniowy, musiałby przekazać fiskusowi 14 516 zł.

Tak ogromne korzyści podatkowe można uzyskać, nie korzystając w ogóle z własnego kapitału. Zakupy środków trwałych finansowane z kredytu czy poprzez leasing można przy tym tak skonstruować, by w ogóle nie płacić podatku. Wystarczy oszacować dochód w danym roku podatkowym i właśnie tyle zainwestować w zakup środków trwałych, wliczanych od razu w koszty dzięki takiej amortyzacji. Na samą inwestycję zaś zaciągnąć kredyt. Może on być nieco mniejszy od dochodu, ponieważ odsetki od takiego kredytu będą także kosztem podatkowym, a więc dodatkowo zmniejszą dochód (zerują go już raty odsetkowe). Na tym jednak nie koniec. Nawet jeśli w tym czasie dochód okaże się niższy, wskutek czego powstanie strata, przedsiębiorca dalej będzie mógł skorzystać z prawa do pomniejszenia przychodu do maksimum po 50 proc. takiej straty w jednym z pięciu kolejnych lat. Gdyby więc przedsiębiorca z przytoczonego przez nas przykładu uzyskał średnio 6 tys. zł miesięcznie dochodu, zamiast spodziewanych 8 tys. zł, czyli 72 tys. zł - przy wydatkach 90 tys. zł na zakup samochodu dostawczego i 3,6 tys. za na spłatę odsetek od kredytu, miałby stratę w wysokości 21,6 tys. zł. Bez wydawania dodatkowych pieniędzy będzie mógł wówczas pomniejszyć dochód z 2008 r. o 10,8 tys. zł w ramach rozliczenia tej straty.

Sposób na zysk
Z dobrodziejstwa nowej metody amortyzacji skorzystają tylko te małe firmy, które potrzebują nowych środków trwałych. Ale uwaga: firmy, które niedawno nabyły takie składniki majątku i są w trakcie ich amortyzacji, też mogą skorzystać z nowych przepisów. Nic nie stoi na przeszkodzie, by maszyny zakupione wcześniej, a aktualnie amortyzowane zbyć i w ich miejsce kupić nowe.
Zilustrujmy to przykładem. Dla uproszczenia przyjmijmy, że mała firma ma majątek w postaci maszyn wart 100 tys. zł, kupiony w całości w grudniu 2004 r. i amortyzowany według stawki 20 proc. rocznie. Oznacza to, że w latach 2005-2006 zostało zamortyzowane w koszty 40 proc. tego majątku (40 tys. zł). Zaktualizowana wartość majątku wynosi 60 tys. zł. Przedsiębiorca może sprzedać te maszyny, a w ich miejsce kupić nowe. Jakie będą tego skutki podatkowe? 60 tys. zł to będzie dochód do opodatkowania ze sprzedaży środków trwałych. 100 tys. zł (zakładamy, że maszyny zostaną kupione za taką samą kwotę) wliczy od razu w koszty w ramach ekspresowej amortyzacji. Powstanie strata w wysokości 40 tys. zł. Oznacza to, że aż do osiągnięcia dochodu z bieżącej działalności w 2007 r. w wysokości 40 tys. zł nie musi płacić podatku.
Mało tego, jeśli zakup nowych maszyn w całości sfinansuje z kredytu, będzie miał w całości odnowiony park maszynowy, nie płacąc przy tym podatku, "uwolni" 40 tys. zł (przychód ze sprzedaży maszyn).
By skorzystać z nowej metody amortyzacji, inwestować można zarówno w nowe, jak i w używane środki trwałe. Można również sprzedać swoje używane maszyny przedsiębiorcy korzystającemu z podobnych urządzeń, a od niego odkupić maszyny stanowiące własność tamtej firmy. Obie firmy wówczas mogą w niezbyt skomplikowany sposób zamienić długoletnią amortyzację takich urządzeń na natychmiastowe wliczenie wartości majątku w koszty.

Źródło: Newsweek, dodatek "PORADNIK PRZEDSIĘBIORCY" Numer 05/07 autor: Eliza Dubrawska



Nowoczesne biuro

Komórki ze stałym dostępem do internetu I firmowej sieci. Telefony działające jak krótkofalówki. tegoroczne oferty operatorów ułatwiają prowadzenie biznesu.

Maile przez komórkę można odbierać już od pewnego czasu, jednak dopiero od niedawna, dzięki zaawansowanej technologii BlackBerry, jest to naprawdę wygodne. Usługa ta od zeszłego roku oferowana jest przez trzech największych operatorów - Erę, Orange i Plusa. W jej zakres wchodzi m.in. stały dostęp do korporacyjnej poczty elektronicznej, łącznie z możliwością odczytywania załączników w formacie doc czy pdf. Dodatkowym atutem jest to, że korespondencja trafia do odbiorcy natychmiast, bez konieczności każdorazowego łączenia się z bezprzewodowym internetem i sprawdzania skrzynki. Poza pocztą użytkownik ma też dostęp do organizera i książki adresowej. Wiele spraw może więc załatwić, stojąc w korku czy jadąc autobusem.
Aby móc korzystać z tych udogodnień, trzeba mieć specjalny, dostarczany przez operatorów terminal - rodzaj kieszonkowego komputera czy palmtopa, z którego można także korzystać jak ze zwykłego telefonu - dzwonić i wysyłać SMS-y. Miesięczna opłata za taką usługę to 60-100 zł.
Tańszym i powszechniej stosowanym rozwiązaniem jest usługa umożliwiająca bezprzewodowy dostęp do internetu w telefonie komórkowym. Dzięki coraz lepszej rozdzielczości nawet małych ekranów i specjalnie zaprojektowanych przeglądarek internetowych (np. bezpłatna Opera Mini) surfowanie nie przypomina mozolnego przedzierania się przez uproszczone strony WAP. Obecnie operatorzy oferują coraz szybsze łącza o coraz lepszej przepustowości, co oznacza, że w krótszym czasie możemy ściągnąć czy wysłać więcej danych, a w praktyce - szybciej otwierać strony internetowe. W sieci Era od kilku miesięcy istnieje możliwość korzystania w komórce z usługi Blue Connect, częściej stosowanej w laptopach. Dzięki niej pracownik nawet w trakcie podróży, może poszukać potrzebnych mu informacji na stronach WWW, korzystając z szybkiego (dochodzącego do 1,8 Mb/s) połączenia.

Z kolei Telekomunikacja Polska razem z Orange stworzyła internetową ofertę dla osób potrzebujących dostępu do całej korporacyjnej sieci komputerowej poza miejscem pracy. Dzięki Business Everywhere pracownik może korzystać z zasobów firmowych i np. aktualizować bazy danych, łącząc się z internetem w dowolnym miejscu przez sieć stacjonarną lub bezprzewodową. Autoryzacji do systemu dokonuje się za pośrednictwem tokenu - niewielkiego urządzenia generującego jednorazowe kody dostępu, PIN-u lub hasła. Usługa ta dostępna jest już od ok. 50 zł miesięcznie.
Jedną z nowości jest oprogramowanie umożliwiające zarządzanie posiadanymi telefonami i ułatwiające kontrolę finansową nad wydatkami na telekomunikację (np. Menedżer Sieci Firmowej w Erze). Właściciel na podstawie bieżących rozliczeń może decydować o limitach, w jakich muszą się zmieścić poszczególni pracownicy i udostępniać im określone usługi, korzystając ze specjalnej komputerowej aplikacji. Z kolei Roaming Asystent, oferowany przez Plusa, umożliwia ograniczenie kosztów osób korzystających z rozmów roamingowych poprzez zawężenie grupy numerów, które mogą dodzwonić się na telefon osoby przebywającej za granicą.
Plus także jako jedyny operator w Polsce udostępnia usługę push to talk (naciśnij i mów). Umożliwia ona korzystanie z telefonu komórkowego jak z krótkofalówki
- wystarczy przytrzymać przycisk i jest się natychmiast słyszanym przez współpracownika lub współpracowników. Opłatę (36,60 zł za 30 dni) ponosi się jedynie za usługę, a nie za czas trwania rozmów. Jest to wygodne rozwiązanie na przykład dla agencji ochrony lub firm organizujących imprezy.
Tańsze połączenia w obrębie biura zapewni także usługa testowana obecnie przez klientów Orange, oparta na tzw. technologii UMA. Korzystać z niej będą mogli
klienci posiadający w swojej siedzibie bezprzewodowy internet Wi-Fi, dostarczany za pośrednictwem urządzenia Lifebox Telekomunikacji Polskiej. W jego zasięgu rozmowy przez komórkę będą tańsze. W rozwiązaniu tym wykorzystano technologię Voice over Internet Protocol (VoIP), dzięki której działa np. popularny program Skype. Wychodząc poza obręb Wi-Fi pracownik może płynnie, bez przerywania połączenia kontynuować rozmowę już w systemie GSM.

Ciekawe przemiany przechodzi także telefonia stacjonarna. Telefon przestaje bowiem być przypisany do jednego, stałego miejsca. Netia od kilku miesięcy oferuje klientom biznesowym usługę o nazwie IntegralNet. Dzięki wykorzystaniu internetu pracownik w dowolnym miejscu może wykorzystywać swój biurowy, stacjonarny numer do rozmów. Połączenia wewnątrz firmowej sieci są w takim przypadku bezpłatne. Jest to możliwe dzięki temu, że tradycyjną centralkę telefoniczną zastępuje rodzaj wirtualnej centrali, do której można mieć dostęp z dowolnego miejsca.
Telefony stacjonarne oferują od pewnego czasu także operatorzy komórkowi - ale w tym przypadku oznacza to jednak coś więcej niż tradycyjny telefon stojący na biurku. Na przykład w ofercie Ery, wprowadzonej na jesieni ubiegłego roku, klient nie jest ograniczony telefonicznym kablem czy nawet zasięgiem bezprzewodowej słuchawki - może korzystać ze swojego "stacjonarnego" aparatu w całej utworzonej dla niego strefie, rozciągającej się w promieniu 500 metrów od jego stanowiska pracy.
W przyszłości firmy będą dążyły do zmniejszenia liczby urządzeń, w jakie wyposażony zostanie pracownik. Urządzenia konwergentne, czyli łączące wiele różnych funkcji, będą wypierały sprzęt dedykowany, czyli mający tylko jedno zastosowanie. Producenci telefonów wyposażają je w oprogramowanie i funkcje palmtopów, a z kolei PDA (Personal Digital Assistant) zaczynają spełniać także funkcje telekomunikacyjne.

PDA w bieżącym roku będą poddawane coraz większej miniaturyzacji, niejednokrotnie zastąpią z powodzeniem obecnie używane telefony komórkowe. Jednak w przeciwieństwie do nich będą oferować znacznie więcej: łączność bezprzewodową WLAN i BT oraz nawigację GPS. Pojemniejsze pamięci wewnętrzne oraz zewnętrzne pozwolą wykorzystywać PDA jako zaawansowany bank zdjęć, muzyki czy też odpowiednio skonwertowanych filmów - zapowiada Wojciech Zawada z HP Polska.
Naprzeciw temu trendowi wychodzi między innymi Plus ze swoim zestawem iPlus Pilot, w skład którego wchodzi komputer kieszonkowy HP iPAQ z telefonem, technologią Bluetooth, nadajnikiem GPS i odtwarzaczem mp3 oraz oprogramowanie do nawigacji satelitarnej (AutoMapa), a także oprzyrządowanie (uchwyt, ładowarka) umożliwiające korzystanie z urządzenia w samochodzie.
Firmy telekomunikacyjne bardzo cenią przedsiębiorców i chętnie dostosowują swoje oferty do ich potrzeb. Nawet jeśli prowadzimy jednoosobową działalność gospodarczą, wytargujemy o wiele lepsze warunki niż jako klienci indywidualni. W praktyce oznacza to przede wszystkim korzystniej skonstruowane taryfy (np. z bezpłatnymi połączeniami między numerami należącymi do firmy), dostęp do dodatkowych usług i korzystniejszą ofertę aparatów. W sieci Era telefon Samsung X700 jest prawie o połowę tańszy w promocji biznesowej niż w ofercie dla klientów indywidualnych. Warto więc dopytywać się o szczegóły i negocjować.

Źródło: Newsweek dodatek "PORADNIK PRZEDSIĘBIORCY" Numer 05/07 autor: Urszula Kifer



Samochód uszyty na miarę

Cena auta dla firmy zależy nie tylko od umiejętności negocjowania rabatu. Ważniejsza jest znajomość najnowszych przepisów, dzięki której też można sporo zaoszczędzić. A w tym roku prawo znowu się zmieniło.

Przedsiębiorcy kupujący nowy lub używany samochód ciężarowy od stycznia mogą skorzystać z ulgi związanej z kosztami amortyzacji auta. Przysługuje ona wszystkim rozpoczynającym działalność gospodarczą oraz już działającym biznesmenom, pod warunkiem że w ubiegłym roku obrót ich firmy nie przekroczył 3 mln 180 tys. złotych. Ponadto wartość netto samochodu nie może przekroczyć 199 tys. zł. Jeśli auto jest droższe, nadwyżkę będzie można zamortyzować w kolejnych latach.
Z ulgi mogą skorzystać przedsiębiorcy rozliczający się jako osoby fizyczne (PIT) i jako osoby prawne (CIT). Od stycznia mogą oni dokonać jednorazowej amortyzacji zakupionego samochodu. W praktyce oznacza to czasowe zwolnienie z płacenia podatku, dopóki dochody nie zrekompensują utraty środków związanych z zakupem auta.
Zobaczmy to na przykładzie: Jan Kowalski w styczniu 2007 r. kupił samochód dostawczy za 100 tys. zł. To był początek jego działalności gospodarczej, dlatego nie miał jeszcze dochodu. Toteż w comiesięcznym rozliczeniu w urzędzie skarbowym wykazał stratę w wysokości 100 tys. zł. Jednak już miesiąc później jego firma wypracowała zysk, od którego powinien zapłacić 9 tys. zł podatku. Jednak pan Kowalski nie musi na razie oddawać pieniędzy fiskusowi. Strata, którą wykazał w poprzednim miesiącu, zostanie zmniejszona do 91 tys. zł.

W przypadku aut osobowych obowiązują dawne przepisy. Ich zakup można wprawdzie amortyzować, jednak proces ten nadal musi być rozłożony na pięć lat. Amortyzować można tylko takie auta osobowe, których wartość nie przekroczyła 70 tys. złotych. W przypadku droższego samochodu amortyzuje się wydatki jedynie do tej sumy.
Samochody osobowe nabyte po 1 stycznia 2007 r. podlegają nowej definicji takiego typu auta. Za właściwe uznano zapisy zawarte w ustawie o VAT, która w uproszczeniu za osobowe uważa pojazdy o masie całkowitej nieprzekraczającej 3,5 tony, przeznaczone do przewozu mniej niż dziewięciu osób. By samochód o masie całkowitej do 3,5 tony uznano za ciężarówkę, a problem dotyczy popularnych w Polsce aut, jak VW caddy, opel combo czy renault kangoo, konieczne jest uzyskanie zaświadczenia wydanego przez stację diagnostyczną. W dowodzie rejestracyjnym pojazdu musi znaleźć się wpis o spełnieniu wymagań, a jego kopię przedsiębiorca musi w terminie 14 dni dostarczyć naczelnikowi urzędu skarbowego.
Kupując auto na kredyt, przedsiębiorca staje się właścicielem samochodu. Oznacza to możliwość pełnej amortyzacji kosztów, tak jak w przypadku auta zakupionego za gotówkę. Z drugiej strony udzielające kredytu banki żądają większych niż firmy leasingowe zabezpieczeń, którymi mogą być np. inne maszyny firmy czy jej siedziba. Nowością jest fakt, że od końca ubiegłego roku część banków udziela niewysokich kredytów do ok. 20 tys. zł, nie żądając przy tym zastawu. Ma to miejsce zwłaszcza gdy klient wnosi duży wkład własny, np. połowę wartości auta.
W przypadku leasingu z korzystnych rozliczeń amortyzacji korzysta firma, która udostępnia samochód. To ona jest formalnym właścicielem auta. Przedsiębiorcy pozostaje jedynie odliczanie VAT-u od rat za dzierżawiony samochód. Oferta leasingowa jest łatwiej osiągalna dla firm, które nie posiadają kapitału, ponieważ zabezpieczeniem jest akt własności samochodu. W przypadku aut osobowych odlicza się maksymalnie 60 proc. podatku VAT od każdej raty. Rata jest obłożona stawką 22 proc., jednak nie więcej niż 6 tys. zł. W latach ubiegłych obowiązywała stawka 50 proc. i 5 tys. zł. VAT od ciężarówek od początku istnienia podatku odliczany jest w 100 proc.

Tradycyjny transit czy popularny kangur?
W tym roku do sporej konkurencji w segmencie samochodów użytkowych dołączy kilka modeli firmowanych m.in. przez Fiata, Opla i Peugeota. Przebojem, zwłaszcza cenowym, ma szansę stać się lubo - ciężarówka produkowana w Polsce przez firmę Intrall (producent samochodów dostawczych Lublin 3). Jednak by zaistnieć na rynku, będzie musiała sprostać konkurencji ze strony popularnych debiutantów z ubiegłego roku: fiata ducato, mercedesa sprintera czy zawsze popularnego forda transita.
Jak podaje instytut badania rynku motoryzacyjnego Samar, w ubiegłym roku w Polsce kupiono ponad 39 tys. nowych samochodów użytkowych. To 13,4 procent więcej niż w 2005 r. Zdaniem analityków rynku motoryzacyjnego z racji ulg podatkowych oraz rozwoju gospodarczego sprzedaż aut powinna rosnąć także w tym roku. Tym bardziej że dotychczasową konkurencję wzmocni kilka nowych modeli, a udanie debiutujące ford transit - samochód dostawczy roku 2007 oraz volkswagen crafter będą się starały o utrzymanie udziałów w rynku.
Fiat, który od kilku lat jest liderem sprzedaży samochodów użytkowych w Polsce, od lutego wzbogaci swoją ofertę o nowe scudo. Auto będzie dostępne w dwóch wersjach nadwozia. W wersji krótkiej samochód ma 4,8 m długości i pojemność 5 metrów sześciennych. Dopuszczalne obciążenie to jedna tona. Natomiast w wersji przedłużonej (5,1 m) pojemność wnętrza wzrośnie do 7,6 m sześc., a ładowność do 1,2 tony. Samochód będą napędzały wyłącznie silniki Diesla o mocy od 90 do 136 km. W zależności od wersji auto będzie zabierało od dwóch do dziewięciu pasażerów.
Identyczne ze scudo parametry techniczne będą miały peugeot expert i citroen jumpy. Także silniki francuskich aut będą takie same jak w fiacie. W ofercie obu aut znajdzie się dodatkowo jednostka benzynowa o mocy 140 KM.
Dla przedsiębiorców poszukujących jeszcze mniejszego auta, które jednak uda się zakwalifikować jako ciężarówkę, atrakcyjna wydaje się oferta nowego opla corsy. W wersji van auto będzie dostępne od kwietnia. W fabrycznej modyfikacji popularnego samochodu miejskiego liczbę siedzeń zmniejszono do dwóch, uzyskując powiększony przedział ładunkowy. Auto będzie kosztować od ok. 40 tys. zł. Natomiast w segmencie większych samochodów transportowych coraz częściej stosuje się tzw. face lifting, czyli odnowienie wizerunku modelu. W maju 2006 r. taką przemianę przeszły auta Fiata, Peugeota i Citroena. Koncerny te od lat współpracują przy projektowaniu samochodów dostawczych, a nawet wytwarzają je w tych samych fabrykach. Przemiana była spowodowana konkurencją ze strony Forda i Volkswagena. Obok nich na polskim rynku tradycyjnie silna jest pozycja renault trafic i master oraz mercedesa sprintera.
Od ubiegłego roku uznane firmy mają w Polsce rywala w postaci rosyjskiego koncernu samochodowego GAZ. Produkowana przez niego gazela w ubiegłym roku zanotowała nad Wisłą rekordowy, ponad 6 krotny wzrost liczby sprzedanych egzemplarzy. O konkurencyjności rosyjskiego produktu decyduje przede wszystkim cena wahająca się od 41 tys. zł netto za podwozie do zabudowy po 55 tys. zł za 7 miejscowy furgon, co czyni go dwukrotnie tańszym od fiata czy renault, a w zależności od wersji o kilka do kilkunastu tysięcy tańszym od rodzimego lublina, który kończy rynkową karierę.
W tym roku do sprzedaży trafi lubo - nowe auto z lubelskiej fabryki Intrall. Premiera lubo odbyła się we wrześniu ubiegłego roku na wystawie samochodów w Hanowerze. Pojazd początkowo będzie wytwarzany jako podwozie pod zabudowę i w wersji ze skrzynią, choć opracowane są już modele z zamkniętym nadwoziem (łącznie ma być dostępnych około 30 wersji nadwozia). Masa całkowita pojazdu wynosi od 2,9 do ponad 4 ton. Lubo jest napędzany silnikami Diesla, polskim i włoskim, o mocy od 116 do 146 KM.
Samochody dostawcze zazwyczaj dopasowuje się do indywidualnych wymagań klienta. Koszt takiego dostos
owania to od 5,5 tys. zł netto za zabudowę skrzyniową po 11 tys. za kontener, a kontener izotermiczny to wydatek rzędu 18 tys. zł netto. Koszty są zbliżone niezależnie od marki samochodu, choć część producentów ma okazyjne ceny na określony model zabudowy.
Oprócz zainteresowania nowymi samochodami przedsiębiorcy w Polsce przychylnie patrzą też na pojazdy z drugiej ręki. Zwłaszcza że takie auta mają w ofercie
zarówno firmy leasingowe, jak i większość dilerów samochodowych. Przez cztery
lata spadek wartości samochodu użytkowego przy średnim stanie zużycia dochodzi
do 50 proc.

Źródło: Newsweek, dodatek "PORADNIK PRZEDSIĘBIORCY" Numer 05/07 autor: Marcin Marczak




Tylko dla bogaczy

Masz wolny milion? Być może któryś z banków ma dla ciebie specjalną ofertę

Prywatna bankowość to w polskich finansach dziedzina wciąż nowa i dopiero budująca swoją ofertę. Mimo to bogatsi klienci mogą liczyć na przyzwoitą obsługę krajowych banków. Większość z nich tworząc produkty dla zamożnych, korzysta z doświadczeń swoich zagranicznych udziałowców. Nie dajmy się jednak zwieść stosunkowo niskimi progami wejścia do tego elitarnego klubu, deklarowanymi przez niektóre banki. Zarabiając 10 tys. zł miesięcznie lub mając 200-300 tys. zł oszczędności, możemy liczyć co najwyżej na bardziej kolorową kartę kredytową i wyższe opłaty. Prawdziwy private banking to oferta dla osób, które mają co najmniej 1-2 mln złotych do zainwestowania. Życzymy więc miłej lektury i udanych inwestycji lub wysokich wygranych w grach losowych.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Rafał Pisera


Dobry bank na zawołanie

Różnica między bankowością prywatną a osobistą polega nie tylko na wyższych wymaganiach finansowych wobec klienta. Kluczowe znaczenie ma w niej rodzaj kapitału.

Jakie skojarzenia wywołuje u państwa private banking? Przytulne wnętrze, miła obsługa, miękki fotel, kawa i czekoladki, zaproszenia na eleganckie spotkania towarzyskie? - To wszystko tylko otoczka - mówi Roy Hutchinson, dyrektor departamentu marketingu bankowości indywidualnej w Banku Millennium. - Istota tej usługi polega na skutecznym zarządzaniu majątkiem.
Private banking w naszym kraju jest usługą młodą, ma zaledwie kilkanaście lat. To indywidualne zarządzanie pieniędzmi najbogatszych klientów, którym bank oferuje wyszukane produkty inwestycyjne i opiekę osobistych doradców. W Polsce tacy klienci pojawili się stosunkowo niedawno i wciąż jest ich niewielu. Dlatego i temu rynkowi daleko do dojrzałości, jaką osiągnął w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych. Najbardziej wymagający Polacy, z najzasobniejszymi portfelami, szukając wsparcia w inwestowaniu, wciąż korzystają z usług banków w Luksemburgu lub Szwajcarii.
Jednak polski private banking szybko się rozwija. Według szacunków z tej usługi korzysta dziś w Polsce ok. 80 tys. klientów, którzy powierzyli bankom ponad 100 mld zł. W ciągu najbliższych lat liczba ta będzie powiększać się o kilkanaście tysięcy rocznie. Rośnie zamożność Polaków, a razem z nią świadomość, jak wiele można zyskać, właściwie dobierając instrumenty inwestycyjne. Nasze instytucje finansowe szybko uczą się odpowiadać na te potrzeby. Wykorzystują przy tym doświadczenie swych zagranicznych udziałowców i za ich pośrednictwem świadczą coraz bardziej zaawansowane usługi.

Już dziś najbogatsi mogą z pomocą rodzimych banków inwestować w sztukę, wino, kamienie szlachetne, nieruchomości czy zagraniczne fundusze. Z czasem będą mieli do dyspozycji jeszcze bardziej wyrafinowane usługi: doradztwo prawne, podatkowe, a nawet zarządzanie nieruchomościami. Jedyne ograniczenie to wyobraźnia i wielkość majątku klienta.
By zacząć korzystać z dobrodziejstw private bankingu w Polsce, trzeba mieć przynajmniej 200 tys. zł oszczędności - to minimum wymagane przez Raiffeisen Bank, DZ Bank i Noble Bank. Inne banki ustawiają poprzeczkę wyżej: Kredyt Bank na poziomie 250 tys. zł, BPH - 300 tys., ING Bank Śląski - 400 tys., a BRE Bank i PKO BP - 500 tys. zł. Niekiedy by dostać się do grona prestiżowych klientów, wystarczy zagwarantować odpowiednio wysokie wpływy na rachunek. W PKO BP potrzeba 10 tys. zł, w BPH - 15 tys., a w Deutsche Banku 20 tys. zł.
Co gwarantuje nam to minimum nazywane bankowością osobistą? Niewiele. Bank zaoferuje swoje typowe produkty. By korzystać z prywatnej bankowości na pełną skalę, trzeba być zamożniejszym. - Dopiero wolne środki na poziomie co najmniej 2 mln zł umożliwiają inwestycje w różnorodne klasy aktywów, a przez to dostęp do najciekawszych produktów i rynków finansowych - tłumaczy Daniel Ścigała, dyrektor Departamentu Private Banking BRE Banku. - Im wyższa kwota aktywów, tym bardziej zindywidualizowaną ofertę jesteśmy w stanie przygotować dla klienta.
Różnica między bankowością prywatną a osobistą polega jednak nie tylko na wymaganiach finansowych wobec klienta czy zestawie produktów oferowanych przez bank. Kluczowe znaczenie ma w niej rodzaj kontaktu z klientem. Bank oferuje mu nie tylko możliwość dobrych inwestycji, ale i szczególny rodzaj relacji opartej na zaufaniu. Dlatego w private bankingu szczególną rolę odgrywają osobiści doradcy.
To starannie wyselekcjonowani specjaliści w dziedzinie finansów. Najczęściej osoby z wykształceniem ekonomicznym, finansowym lub prawniczym i doświadczeniem w pracy w instytucjach finansowych. Dysponują szeroką i wciąż wzbogacaną wiedzą o tym, co dzieje się na rynku, tak by w każdej chwili sprostać wymaganiom klienta. Każdy z nich ma ich zazwyczaj pod opieką kilkudziesięciu, np. w BRE Private Banking około 100, a w Millennium - 60-70.
Na początku doradca wraz z klientem opracowuje indywidualną, długoterminową strategię zarządzania jego pieniędzmi. Potem monitoruje inwestycje, negocjuje ich warunki, ale też proponuje nowe usługi i produkty, które pojawiają się na rynku. Zawsze musi wyjaśnić, na czym opiera swoje rekomendacje. - Jeśli proponuje włączenie do portfela np. funduszu małych i średnich spółek polskiej giełdy, powinien podać argumenty rynkowe czy makroekonomiczne przemawiające za tym, że z dużym prawdopodobieństwem wartość jednostek uczestnictwa tego funduszu będzie rosła szybciej niż innych - tłumaczy Agnieszka Chorążewska-Wojtiuk, dyrektor segmentu prestige w Banku Millennium.

Doradca musi nie tylko dopasować inwestycje z oferty własnego banku do oczekiwań klienta. Powinien też umieć ocenić te, które zainteresowały go w innych. - Bardzo często klient nie uświadamia sobie, że rzeczywiste profity drastycznie odbiegają od efektownych ofert, którymi zasypany jest rynek - mówi Małgorzata Anczewska, dyrektor departamentu private banking Raiffeisen Bank Polska. Doradca powinien być przewodnikiem po całej inwestycyjnej ofercie i podsuwać klientowi takie rozwiązania, by dać mu pewność, że powierzył swoje pieniądze w dobre ręce.
To budowanie zaufania jest ważną częścią strategii prywatnej bankowości. - Klient powinien mieć poczucie, że doradca jest do jego dyspozycji praktycznie przez całą dobę - wyjaśnia Daniel Ścigała z BRE Banku. Dlatego większość doradców spotyka się z klientami także poza bankiem i poza standardowymi godzinami pracy, nawet w weekendy. Żeby wkupić się w łaski, bank (w osobie doradcy) jest gotów na wiele. Do legendy przeszły już historie, jak to jeden z nich wynajdywał dziecku klienta szkołę w Stanach Zjednoczonych, inny pośredniczył w błyskawicznym sprowadzeniu leków z zagranicy, a kolejny tworzył specjalne produkty dla rozwodzącego się klienta, by ochronić jego finanse przed współmałżonkiem. - Doradca to człowiek, dla którego klienci zostawiają miejsce przy stole. Nie tylko wigilijnym - mawiają w branży.
Jeśli pojawiają się kłopoty finansowe czy inwestycja okaże się - delikatnie mówiąc - mniej zyskowna, niż przypuszczano, ta cienka nić, którą przez lata snuje doradca, związując ze sobą klienta, okazuje się jedynym powodem, dla którego nie przenosi on pieniędzy do konkurencji.

Źródło: Newsweek , dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07, autor: Paulina Kochańska


Inwestycje

Krezusów dysponujących majątkiem powyżej 5 mln dolarów jest w Polsce nie więcej niż 600. Nic dziwnego, że nasz private banking wcale nie idzie w stronę elitarności, ale zaczyna trafiać pod strzechy.

Private banking to nie sklep z produktami finansowymi, jak w typowej ofercie bankowej, lecz stała współpraca doradcy z klientem w materialnej sferze jego życia. Opiera się ona na znajomości jego potrzeb i wzajemnym zaufaniu. Pieniądze, głupcze - powiedziałby tu zapewne Bill Clinton, który też powierzył majątek specom od finansów. Ich rolą jest inwestowanie pieniędzy klienta w najkorzystniejszy, a zarazem bezpieczny sposób oraz dbanie o to, aby płacił jak najniższe podatki i brał kredyty na najlepszych warunkach.
HNWI to w slangu zarządzających pieniędzmi klient o wysokich dochodach
- high-net-worth individual. O takich się walczy, bo choć stanowią oni z grubsza 10 proc. klienteli, to właśnie opieka nad ich majątkami daje bankowi nierzadko 60-70 proc. dochodów. W zamożnych krajach za próg przynależności do grupy HNWI od lat uważa się posiadanie przynajmniej miliona dolarów. Ale instytucje oferujące usługi private bankingu i tak ustalają własne kryteria. Najbardziej wyspecjalizowane, jak amerykańskie banki inwestycyjne Merrill Lynch czy Goldman Sachs, zawieszają poprzeczkę na kilka razy wyższym poziomie. Twierdzą, że przy skromniejszych aktywach trudno stworzyć w pełni indywidualną strategię inwestowania - a tylko taką oferują klientom. Większość banków jest znacznie bardziej elastyczna, podejmując się zarządzania już kwotą pół miliona - franków szwajcarskich w przypadku Credit Suisse, funtów w Barclays czy euro w UBS.
Rosnący liberalizm banków wynika z tego, że dostrzegają one zmiany w strukturze zamożności społeczeństw i przystosowują się do nich. Z roku na rok zmniejsza się bowiem grupa starych pieniędzy (old money), czyli krezusów dziedziczących wielkie, rodowe fortuny. To idealni klienci dla personal bankingu - lojalni, preferują proste instrumenty finansowe, nie mają dużych wymagań i potrzeb w zakresie bieżącej obsługi, a gwarantują pokaźne dochody. Tyle że to grupa schyłkowa.

Szybko rośnie natomiast grono nowych, aktywnych pieniędzy (new active money). To właściciele młodych firm i coraz lepiej zarabiający menedżerowie. Ci nie gwarantują doradcom bankowym spokojnego życia. Zazwyczaj nieźle się orientują w świecie finansów, oczekują najwyższej jakości usług, dostępnych 24 godziny na dobę, szybkiej informacji oraz innowacyjnych, skrojonych do ich potrzeb produktów. Chcą też aktywnie uczestniczyć w zarządzaniu swym majątkiem. Dla konserwatywnych banków bywają dopustem bożym, ale to ich liczba i majątki będą rosnąć, więc muszą się nimi zająć już teraz, nawet jeśli nie zarobili jeszcze pierwszego miliona dolarów. Trzeba zatem obniżać poprzeczkę.
Nasze banki są do tego wręcz zmuszone. W kraju o antyrynkowej przeszłości spadkobierców rodzinnych fortun, wartych miliony dolarów, liczy się w setkach, podobnie jak przedsiębiorców z list najbogatszych. Liczbę krezusów, dysponujących majątkiem powyżej 5 mln dolarów (ok. 15 mln zł), szacuje się na 500-600 osób. To niewiele jak na kilkanaście banków oferujących usługi private bankingu. Ich szansą jest rosnące lawinowo pokolenie nowych pieniędzy, właścicieli lub udziałowców powstałych w ostatnich latach spółek, dobrze opłacanych menedżerów czy ludzi, którzy zarobili na giełdzie lub na rynku nieruchomości. W trakcie trwającej już czwarty rok hossy na warszawskim parkiecie pomnożenie majątku o 150-200 proc. nie było żadnym problemem, choćby dzięki lokowaniu pieniędzy w jednostkach funduszy inwestycyjnych. Nie gorsze efekty dał przed paru laty zakup w celach inwestycyjnych mieszkań czy działek budowlanych, których ceny biją kolejne rekordy. Nic dziwnego, że segment ludzi zamożnych, z przynajmniej 500 tys. zł na koncie lub w płynnych lokatach, szacowany jest u nas na ponad pół miliona. Jest o kogo walczyć.
I walkę tę widać. O ile duże banki, jak Pekao SA, PKO BP czy BRE Bank, ustawiły próg dostępu do usług private bankingu na poziomie 500 tys. zł, to najaktywniejsze, w tym zagraniczne instytucje finansowe, sięgają po przyszłych HNWI jeszcze głębiej. ING Bank Śląski, Citibank, Noble Bank, Raiffeisen Bank Polska czy DZ Bank polują już na ludzi z aktywami rzędu 200 tys. zł. Zresztą coraz częściej pozyskuje się klientów bez pokaźniejszej gotówki, ale z wyraźnie ponadprzeciętnymi dochodami. Raiffeisen wymaga zadeklarowania miesięcznych wpływów na konto w kwocie 12 tys. zł, w Banku Millennium wystarczy 10 tys. zł, a Noble Bank zadowala się regularną inwestycją 2 tys. zł co miesiąc lub zaciągnięciem przez klienta 800 tys. kredytu na nieruchomość czy pod zastaw papierów wartościowych.

O tym, że nasz private banking nie idzie w stronę elitarności, ale zaczyna trafiać pod strzechy, świadczy dość świeża oferta Jyske Bank, jednego z największych banków duńskich, wyspecjalizowanego w obsłudze zamożnych klientów w Skandynawii oraz kilku innych krajach Europy, m.in. Francji. U nas poszedł na całość. Osobistą obsługę i szeroki dostęp do produktów inwestycyjnych proponuje już posiadaczom 20 tys. euro (niespełna 80 tys. zł). Chce w ten sposób zdyskontować zeszłoroczny sukces inwestycyjny swych funduszy (50-60 proc. zysku na inwestycjach w Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej), które znany magazyn finansowy "Global Investor" uznał za najlepsze w Europie. Pytanie jednak, czy taka oferta, warunkowana założeniem przez klienta konta w Kopenhadze lub na Gibraltarze, zasługuje na miano private bankingu z prawdziwego zdarzenia?
To samo dotyczy zresztą usług proponowanych przez wiele innych banków klientom posiadającym 200 tys. zł lub miesięczne dochody rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Przy takich kwotach mało realne jest stworzenie indywidualnej strategii czy inwestowanie w wyspecjalizowane fundusze zamknięte, gdzie progi wejścia sięgają kilkudziesięciu, a nierzadko kilkuset tysięcy złotych. Duża część przyszłych HNWI powinna więc mieć świadomość, że proponowane im przez banki usługi mają raczej charakter personal bankingu, który w środowisku finansowym uznawany jest za przedsionek prawdziwego private bankingu.
W Citibanku na przykład finansowym VIP-em można się poczuć, mając 200 tys. zł, ale dopiero 1,5 mln zł daje prawo do zindywidualizowanego zarządzania majątkiem i do obsługi w centrum inwestycyjnym. W BPH, poza standardowymi usługami dla zamożniejszych klientów, jest jeszcze segment Private Banking & Investment, dostępny powyżej 500 tys. zł. Jeszcze dalej poszedł BRE Bank, który jako pierwszy na naszym rynku wprowadził w kwietniu usługę kompleksowego zarządzania majątkiem, określaną jako wealth management. Mieści się w niej nie tylko pomnażanie majątku przez budowanie długookresowego portfela inwestycyjnego, dostosowanego do celów i struktury majątku klienta. Doradcy zajmują się także m.in. zarządzaniem aktywami pod kątem minimalizacji obciążeń podatkowych oraz w aspekcie spadkowym, tak aby dzieci klienta ponosiły jak najmniejsze koszty przejęcia majątku. Aby jednak korzystać z tych poszerzonych usług, trzeba mieć przynajmniej cztery razy większe zasoby finansowe niż standardowy w tym banku próg private bankingu, czyli ponad 2 mln zł. W Raiffeisen Bank indywidualne strategie inwestycyjne budowane są z kolei dla klientów mających w portfelu przynajmniej 10 mln zł.
Mimo różnic w jakości i zakresie usług na poszczególnych półkach private bankingu jego podstawowe standardy muszą być zachowane. Należy do nich obsługa doradcy, który już podczas pierwszego spotkania z klientem ustala wspólnie z nim profil jego ryzyka inwestycyjnego. A więc to, czy bardziej zależy mu na ochronie wart
ości kapitału, czy na maksymalizacji zysku, który przy bardzo niekorzystnym zbiegu okoliczności może nawet oznaczać straty. Wspólnie określany jest horyzont inwestycyjny, a także produkty i usługi, z jakich NHWI chce korzystać. Standardowy klient private bankingu będzie korzystał z usług doradcy obsługującego nierzadko kilkaset innych osób, czasem wręcz na zasadzie call center; zamożniejszy będzie miał osobistego doradcę, który w razie potrzeby odwiedzi go nawet w domu lub zje z nim lunch.
Zróżnicowany bywa również zakres doradztwa. W standardowym private bankingu, który w naszych realiach ma więcej wspólnego z personal banking, pracownik banku pełni głównie rolę konsultanta. Zarekomenduje produkty finansowe - fundusze inwestycyjne czy obligacje strukturyzowane - najbardziej stosowne do profilu klienta. Dostarczy prognozy i analizy dotyczące trendów cenowych na rynku akcji, towarowym, walutowym czy nieruchomości. Ale to tylko porady - decyzję o ich wyborze i realizacji podejmuje klient, biorąc na siebie ryzyko gorszych od oczekiwanych efektów inwestycji.

Paleta możliwości inwestycyjnych przyprawia o zawrót głowy. Jeszcze kilka lat temu tylko prawdziwa elita finansowa miała szanse otworzyć swój portfel na świat, szukając zysków poza warszawską giełdą i rządowymi papierami skarbowymi. Dziś produkty finansowe z całego świata są na wyciągnięcie ręki. Dzięki nim można korzystać z koniunktury na wszystkich kontynentach i to zarówno na rynkach akcji, obligacji, walut, jak i surowców. Klasyczne fundusze inwestujące w giełdowe blue chipy lub akcje małych spółek to dla inwestorów bułka z masłem. Oni stawiają na wyspecjalizowane fundusze, inwestujące na dynamicznych rynkach Azji czy Ameryki Południowej lub w spółki rozwojowych branż z różnych regionów, np. biotechnologiczne. Coraz bardziej przekonują się też do funduszy hedgingowych, stosujących skomplikowane i ryzykowne strategie inwestycyjne, których celem jest uniezależnienie inwestora od wahań koniunktury. Operując instrumentami pochodnymi (opcje, kontrakty, krótka sprzedaż), zarządzający ich portfelami potrafią bowiem zarabiać także na spadkach cen.
Coraz większą popularność zdobywają tzw. produkty strukturyzowane, zwane też hybrydowymi, łączące bezpieczeństwo klasycznych lokat bankowych czy obligacji skarbowych z wyrafinowanymi instrumentami finansowymi, których celem jest windowanie zysku. Mają one dać klientowi pewność, że nie straci, a zarazem spore szanse na ponadprzeciętny zysk. Konstruowane są tak, by zapewnić dywersyfikację lokat - branżową, geograficzną, walutową - a tym samym dywersyfikację ryzyka. Taka lokata może być oparta na indeksie giełdowym lub całym koszyku indeksów różnych giełd, ale też na kursach walut, indeksach cen surowców czy stopach procentowych. Ostateczny dochód jest zależny od rynkowej koniunktury, ale nie może spaść poniżej gwarantowanego minimum, bazującego na lokacie lub obligacji.
Pakiet produktów dla klientów private bankingu jest z grubsza ten sam. Pomijając niektóre typy funduszy zamkniętych, zwłaszcza hedgingowych, gdzie minimalna kwota lokaty może sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. A także specyficzne produkty tylko dla najbogatszych - np. niepubliczna oferta pod nazwą Club Deal w Citibanku, gdzie grupa inwestorów musi zgromadzić kwotę przynajmniej 1,5 mln dolarów, czy tzw. private placement w Deutsche Bank, produkt inwestycyjny skrojony na miarę dużego inwestora, który jednak musi zaangażować ok. 1 mln euro. Na dobrą sprawę nie chodzi jednak o kwestię dostępności produktów, ale o to, czy klienci muszą sami podejmować decyzje o ich wyborze, czy też robi to za nich specjalista.
Zamożniejsi HNWI mogą bowiem korzystać z usługi zarządzania majątkiem. Tym samym cedują na bankowych fachowców konkretne działania mające na celu ochronę i pomnożenie ich kapitału. Ustalają z nimi tylko typ portfela inwestycyjnego. Później to już doradcy dokonują transakcji na papierach wartościowych, instrumentach giełd towarowych (np. kontrakty terminowe na ropę naftową, produkty rolne czy złoto) czy też na rynku walutowym forex. - Dla klienta dysponującego odpowiednio dużym majątkiem bank może przygotować praktycznie dowolny produkt inwestycyjny - mówi Agnieszka Chorążewska-Wojtiuk, dyrektor segmentu prestige w Banku Millennium.
Dla klienta niewielkie znaczenie ma to, czy w jego portfelu znajdzie się 3-miesięczna lokata intorwestycyjna BRE Banku, powiązana z kursem euro, a oprócz niej 3-letnia lokata Himalaja w Banku Millennium, której efekty zależą od ewolucji indeksu Nikkei na giełdzie w Tokio oraz zmian wartości koszyka surowców, z miedzią na czele. Równie dobrze może to być zorientowany na emerging markets fundusz inwestycyjny Merrill Lynch, fundusze z gwarancją zachowania kapitału (typu Lokata Azjatycka w BPH) czy wręcz fundusze z polisą ubezpieczeniową, np. oferowana wspólnie przez ING i Nationale-Nederlanden lokata ILU, pozwalająca dodatkowo na odroczenie podatku od zysków do czasu zakończenia inwestycji. Dla klienta ważny jest tylko efekt tych poczynań. Jeśli nie będzie satysfakcjonujący, po roku czy dwóch latach zmieni bank.

Polskiemu private bankingowi sporo jeszcze brakuje do standardów zachodnich, bo jest on skrojony na potrzeby bogacącego się dopiero społeczeństwa. Ale dystans ten szybko się skraca. Niedawne pojawienie się u nas art bankingu, czyli doradztwa przy zakupie dzieł sztuki, jest tego potwierdzeniem.

Żródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Miłosz Węglewski


Platynowa przyjaciółka

Najbogatsi trzymają w portfelach symbole prestiżu: złote i platynowe karty. Dzięki nim przestają martwić się o cokolwiek. Bank może im zorganizować całe życie.

Posiadacze złotych i platynowych kart to z założenia osoby, które płacą nimi często i wydają dużo. Aby kawałek plastiku w portfelu dawał im pełnię szczęścia, banki zapewniają wysokie limity kredytowe. Dla kart złotych to przeciętnie do 50 tys. złotych. Przy platynowych klient może negocjować, a pole tych negocjacji bywa bardzo szerokie: w PKO BP karta MasterCard Platinum może mieć limit do 200 tys. zł, w Kredyt Bank nawet 250 tys. złotych. Z reguły oprocentowanie kredytu dla kart prestiżowych jest niższe przynajmniej o 2-3 punkty niż dla zwykłych. Jednak o wyjątkowości tych kart nie świadczą lepsze parametry, ale dołączane pakiety usług dodatkowych. Wśród nich wyróżnić można dwie kategorie: jedne dają poczucie bezpieczeństwa, drugie - luksusu i elitarności.
Same tylko limity kredytowe (wysokie) i oprocentowanie (niskie) zachęcają do częstego wyjmowania karty z portfela. Programy rabatowe to dodatkowy impuls. Dzięki nim można dziś nie tylko taniej kupić ubrania czy zapłacić mniejszy rachunek w restauracji. Właściciel platynowej karty może na przykład skorzystać z usługi zwanej consierge, dzięki której nie musi się o nic martwić. Wystarczy jeden telefon do bankowego konsultanta, a ten zarezerwuje stolik w restauracji, dostarczy bilety na mecz, a nawet znajdzie opiekunkę do dziecka.
Wśród banków wyróżnia się Citibank - jego program rabatowy ma największy rozmach. Jedna z egzotycznych ofert gwarantuje właścicielowi platynowej karty zniżki na najbardziej ekskluzywnym pasażerskim transatlantyku świata Queen Mary 2 i słynnym żaglowcu Sea Cloud. Pekao SA mocniej stoi na ziemi i dla posiadaczy kart Visa Platinum stworzyło program Private Consulting. Zapewnia preferencyjne warunki obsługi w prawie 60 renomowanych firmach doradztwa prawnego, podatkowego, pośrednictwa w obrocie nieruchomościami i sztuką.
Wysokie limity kredytowe mogą być powodem równie wysokich strat. Dlatego banki oferują pakiety ubezpieczeń zapewniających ochronę tym klientom, z których kartą na zakupy wybrał się złodziej, i gwarantują pokrycie takich zobowiązań. Takie ubezpieczenie mają w ofercie obowiązkowo wydawcy prestiżowych kart. Klienci mogą liczyć na pokrycie wszelkich wydatków powyżej 150 euro za transakcje przeprowadzone w ciągu 72 godzin przed zastrzeżeniem karty. Niektóre banki ubezpieczają gotówkę wypłacaną z bankomatu. Jeśli pieniądze zostaną skradzione w ciągu 24 godzin od chwili wypłaty - pokryją straty. Banki na bieżąco monitorują też transakcje przeprowadzane za pomocą kart i kontaktują się z klientem, jeśli jakaś jest na tyle wysoka, że budzi podejrzenie.
Bardziej wyrafinowaną usługą jest odszkodowanie za zakupiony towar, jeśli zostanie zniszczony lub skradziony. Okres ochronny trwa na ogół do 30 dni. Niektóre banki mają też w ofercie tzw. gwarancję najniższej ceny, co zwalnia ich klientów z konieczności tropienia atrakcyjnych okazji. Jeśli różnica w cenach kupowanych towarów będzie wyższa niż 200 zł, banki ją zwrócą. Gwarancję taką mają w swej ofercie m.in. BZ WBK, Citibank, Kredyt Bank, Millennium.
Posiadacze prestiżowych kart, którzy płacą nią za bilet, automatycznie zostają objęci ochroną ubezpieczeniową. Pokrywa ona koszty leczenia, a jeśli wypadek zdarzy się za granicą - koszt transportu chorego do kraju. Na pomoc mogą też liczyć ci, których bagaż zawieruszy się na lotniskach albo przydarzy się opóźnienie czy odwołanie lotu. Wówczas dostaną odszkodowanie albo nocleg w hotelu. Do kart platynowych dodawana jest karta Priority Pass, dzięki której jej właściciel może korzystać ze specjalnych pomieszczeń wypoczynkowych na lotniskach. Z kolei program IAPA daje zniżki w hotelach i wypożyczalniach samochodów na całym świecie.
Banki zakładają, że w szczególny sposób powinny zatroszczyć się o swych najlepszych klientów, gdy ci wyjeżdżają za granicę. Na wypadek kłopotów z prawem oferują im możliwość skorzystania z pomocy adwokata. Proponują nawet ubezpieczenie, z którego wypłacą pieniądze na pokrycie kaucji sądowej. Dodatkowo ubezpieczają od odpowiedzialności cywilnej, czyli wszelkich szkód wyrządzonych przez posiadacza karty. Banki różnie rozkładają odpowiedzialność za zdarzenia, które mogą się przytrafić w podróży, ale limity odszkodowań bywają bardzo wysokie - w Citibanku aż do 200 tys. dol., w BPH do 100 tys. dol., w BZ WBK 300 tys. zł, w MultiBanku do 120 tys. złotych.

Banki tak cenią swoich najbardziej zamożnych klientów, że pomagają im nawet wtedy, kiedy - chwilowo - przestają zarabiać. Niektóre zabezpieczają ich na przykład na wypadek utraty pracy
- biorą na siebie ciężar spłaty minimalnej kwoty zadłużenia. W idealnej sytuacji jest posiadacz karty BZ WBK Porsche - może nawet dostać świadczenie (do 4 tysięcy złotych) za każdy miesiąc bez pracy.
Oczywiście banki pomogą też w spłacie zadłużenia, gdy klient nie ma takiej możliwości z przyczyn losowych, na przykład z powodu wypadku czy ciężkiej choroby. Bank i wtedy jest do dyspozycji: zorganizuje pomoc lekarza, opiekę pielęgniarki, transport medyczny, dostawę leków. Zatroszczy się nawet o rodzinę klienta, zapewniając opiekę nad dziećmi. Posiadacze kart Platinum w Citibanku mogą skorzystać z Drugiej Opinii Medycznej - jeśli poważnie zachorują, bank załatwi dla nich konsultację u wysokiej klasy specjalistów z klinik w Europie i USA. A wyspecjalizowani konsultanci banku udzielą odpowiedzi na pytania dotyczące leczenia, podadzą adresy i godziny otwarcia aptek czy szpitali.
Do konsultantów można dzwonić właściwie ze wszystkim. Mają pod ręką repertuary teatrów, koncertów czy imprez sportowych. Najświeższy wynik meczu też znają. Klienci, którzy planują egzotyczną podróż na koniec świata, mogą liczyć na fachowe porady o miejscu docelowym, klimacie, wizach czy wymaganych szczepieniach. Bez pomocy nie pozostanie również kierowca, który utknął na drodze w nieznanej mu okolicy: konsultanci zasugerują najlepszy objazd albo skierują do najbliższej stacji benzynowej czy warsztatu.
Jeśli klient wyrazi takie życzenie, bank zajmie się również organizacją jego wolnego czasu. Zarezerwuje stolik w restauracji, zamówi i dostarczy bilety do kina, na koncert czy na mecz. Pod wskazany adres wyśle bukiet kwiatów czy zakupy. Konsultanci przygotują wypoczynek, rezerwując hotel i bilety na samolot. Możliwości bankowych usług wydają się nieograniczone - wszystko zależy od potrzeb i zachcianek klienta. Banki chętnie podejmą się każdego zadania. Przecież ostatecznie i tak za wszystko zapłaci klient - oczywiście korzystając ze swej karty kredytowej.
Dla tych najbardziej wymagających przeznaczone są pakiety usług określane terminem concierge, oferowane przez BRE Bank, Citibank, MultiBank, Pekao SA. Można zlecić bankowi wykonanie właściwie każdej usługi lub zapytać o dowolną kwestię. Zatrzaśniemy w samochodzie kluczyki, zalejemy mieszkanie - żaden kłopot. Wystarczy telefon do banku, a resztę załatwi wyznaczony do tego konsultant. Zasada działania jest prosta: przedstawiciel banku kontaktuje się ze specjalistą z danej branży, który należy do sieci assistance, np. z elektrykiem, szklarzem czy ślusarzem. Następnie kalkuluje koszt, potwierdza zamówienie usługi i dokonuje płatności kartą klienta. Klientowi pozostaje tylko spokojnie czekać na pomoc.
W różnych bankach pakiet usług consierge zawiera jednak inne propozycje. Posiadacze karty VISA Platinum Raiffeisen Clubu korzystają z serwisu, który jest dostępny przez 24 godziny na dobę. Raiffeisen Concierge umożliwia korzystan
ie z bogatej oferty usług na całym świecie, takich jak np.: organizacja i dostawa zakupów, biletów na imprezy sportowe i kulturalne (również do kin i teatrów), organizacja wypoczynku (hotel, wycieczki, bilety), rezerwacja sal konferencyjnych, restauracji, organizacja samochodu zastępczego i wynajmu limuzyny, organizacja opieki dla dzieci oraz usług drobnej pomocy domowej. Koszty zleceń każdorazowo przedstawiane są do akceptacji klienta jeszcze przed wykonaniem danej usługi.
Podobnie jest np. w BRE Banku. Serwis concierge to szybka pomoc w każdej sytuacji. Konsultanci pomagają klientowi w wyszukaniu sprawdzonego warsztatu naprawczego, pomocy drogowej, wypożyczalni samochodów czy też należących do sieci assistance: hydraulika, elektryka, ślusarza lub szklarza, a w razie potrzeby - umówią z odpowiednim specjalistą.
W ramach organizacji usług klienci private banking BRE Banku mogą też zlecić organizację i dostarczenie pod wskazany adres biletu na koncert, mecz czy spektakl, zorganizowanie wypoczynku w wybranym miejscu na świecie (rezerwacja hotelu, pensjonatu, wycieczki, biletów lotniczych, kolejowych itp.), dokonanie rezerwacji w wybranej restauracji, klubie sportowym, centrum biznesowym, stacji obsługi pojazdów itp. Koszty usług i ich organizacji, po uprzednim zaakceptowaniu, pokrywa klient. Są jednak bankowcy, którzy radzą: nie przeceniajmy roli pakietów premiowych. To tylko dodatki. Główną potrzebą zamożnych klientów jest profesjonalne doradztwo finansowe. I to od jego poziomu zależy, jak ocenią swój bank.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Paulina Kochańska


Emerytura na ścianie

Art banking, czyli inwestycje w dzieła sztuki, wymaga wiedzy i sporych nakładów już na starcie, ale to jedna z najlepszych (i najprzyjemniejszych) lokat kapitału.

W październiku ubiegłego roku amerykański magnat hotelowy Steve Wynn niechcący wybił łokciem pokaźną dziurę w obrazie "Le Rźve" Picassa wiszącym w jego gabinecie. Nie przeszkodziło mu to w sprzedaży arcydzieła - oczywiście po kosztownej i pieczołowitej renowacji - za 139 mln dolarów, choć na jego zakup wydał, jak głoszą plotki, nie więcej niż 50 mln zielonych. Jak widać, dzieła sztuki są bardzo odporne na utratę wartości. I dlatego coraz częściej stają się lokatą kapitału.
Polska na razie znajduje się na uboczu tego trendu, głównie ze względu na to, że bez minimum miliona złotych na starcie możemy zapomnieć o sensownym inwestowaniu w sztukę. Nieliczna, ale szybko rosnąca grupa zamożnych Polaków zaczyna jednak doceniać ten sposób lokowania pieniędzy. Dlatego wiele wskazuje na to, że dziś jesteśmy w przededniu rozkwitu inwestycji w dzieła sztuki. Sytuacja przypomina tę na rynku nieruchomości sprzed kilku lat, kiedy błyskawicznie rosła popularność inwestycji. A i skala zysków czekających na przyszłych posiadaczy Rembrandtów czy Caravaggiów może być podobna, jeśli nie większa. Rzecz jasna tylko wtedy, jeśli za kapitałem pójdzie również solidna wiedza ułatwiająca wyłowienie perełek. Jeśli więc nie jesteś, drogi czytelniku, koneserem malarstwa, lepiej powierz swoje pieniądze instytucjom specjalizującym się w inwestowaniu na rynku sztuki.
Najkrótsza droga wiedzie przez private banking oferujący doradztwo w tego typu inwestycjach - zwane art banking. W ramach tego typu bankowości klienci przedstawiani są fachowcom z branży. W Polsce działają podmioty podejmujące się inwestycyjnego doradztwa, jeśli chodzi o sztukę właśnie, a nawet prowadzące na życzenie klientów usługę, którą można by nazwać art management. Specjaliści w imieniu klientów dokonują transakcji kupna i sprzedaży eksponatów.
Takie rozwiązanie wydaje się najbardziej sensowną inwestycją, bowiem gromadzenie eksponatów pod własnym dachem może się okazać niebezpieczne. Nie chodzi nawet o ryzyko kradzieży - przed tym można się ubezpieczyć. Rzecz w tym, że właściciele np. obrazów, nawet jeśli kupili je w celach inwestycyjnych i do tej pory nie mieli do czynienia ze sztuką, dość szybko łapią bakcyla i zamiast myśleć o realizacji zysków, zaczynają się zastanawiać, jak rozbudować kolekcję. Trudno im rozstać się z obrazem, który nie dość, że uświetnia gabinet, to w dodatku z czasem zyskuje na wartości.
Inwestycje w obrazy czy rzeźby proponowane są w Polsce osobom posiadającym aktywa w wysokości mniej więcej miliona złotych. Dysponowanie takimi pieniędzmi nie oznacza jednak, że kupowanie dzieł sztuki będzie najlepszym rozwiązaniem. Trzeba bowiem pamiętać o klasycznych zasadach inwestowania. Podstawową kwestią jest udział sumy, jaką chcemy na to przeznaczyć, w całym naszym majątku oraz poziom jego obciążenia innymi zobowiązaniami. Aby dobrze skonstruować strategię, należy też określić własny profil inwestycyjny. Mowa m.in. o preferowanym horyzoncie czasowym - a więc okresie, na jaki chcemy i możemy ulokować pieniądze, oraz nastawieniu do ryzyka inwestycyjnego, czyli akceptacji ewentualnych niekorzystnych zmian posiadanych aktywów.
Zachętą do przyjrzenia się inwestycjom w sztukę niech będzie fakt, że zyski z handlu dziełami są wolne od podatku dochodowego, jeśli tylko przerwa między transakcją kupna i sprzedaży eksponatu przekracza sześć miesięcy. Pół roku to jednak zbyt krótko, aby osiągnąć satysfakcjonujący zysk. Najkrótszy okres, jaki powinno się rozważać przy takich inwestycjach, to pięć lat. Jest to uzasadnione tym bardziej, że wartościowych i wiekowych dzieł nie przybywa (zwłaszcza że najbardziej poszukiwanym towarem są obrazy czy rzeźby artystów nieżyjących), dzięki czemu wartość prac rośnie w tempie geometrycznym i to w sposób niezależny od koniunktury na rynkach finansowych. Trudno się spodziewać, by ceny obrazów były zależne od kosztów farb, a posągów z brązu od koniunktury na rynkach metali. Inwestycja w sztukę jest więc idealnym narzędziem do zdywersyfikowania portfela - o niewielu aktywach można powiedzieć, że są niewrażliwe na to, co dzieje się na rynkach.
Istotnym czynnikiem wpływającym na zyskowność takich inwestycji jest poziom zamożności społeczeństwa. Im liczniejsza klasa średnia, tym większy popyt na dzieła, których ceny w takiej sytuacji rosną. Za sztandarowy przykład niech posłuży współczesna Rosja - nowobogaccy milionerzy są w stanie zapłacić kilka milionów euro za obraz rosyjskiego malarza, który przed dekadą nie był wyceniany nawet na jeden procent obecnej sumy. Również w Polsce inwestycje w sztukę cieszą się coraz większym poważaniem. W modzie jest zwłaszcza malarstwo realistyczne z końca XIX wieku. Hitem polskich aukcji od lat są sceny rodzajowe Alfreda Wierusza-Kowalskiego - litewskie sanny, polowania, konne przejażdżki. Historycy sztuki powiedzą o nim tyle, że był niezłym rzemieślnikiem w swoim fachu. Ale inwestorzy wiedzą, że w ciągu pięciu lat cena jego konwencjonalnych obrazów może wzrosnąć nawet czterokrotnie. Oczywiście jak każdy rynek, tak i sztuka podlega określonym trendom - raz w modzie są realiści, innym razem impresjoniści, a kiedy indziej ludzie potrafią zapłacić małą fortunę za ewidentny kicz.
Rynek kolekcjonerów rządzi się swoimi prawami, dlatego dobrze jest skorzystać z wiedzy ekspertów na ten temat, zwłaszcza jeśli sztukę traktuje się w kategoriach inwestycji. Z paru tysięcy malarzy, którzy co roku opuszczają mury akademii sztuk pięknych, zaledwie kilku cieszy się później rynkowym uznaniem. Tak-
tyka wybierania dzieł sztuki na chybił trafił niekoniecznie musi się sprawdzić. Chyba że obraz kupujemy tylko w celach dekoracyjnych - wtedy jest to wyłącznie sprawa gustu.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 Mariusz Latek, autor jest pracownikiem Noble Banku


Bankier zaplanuje i zapłaci

Ojczyzną prywatnej bankowości jest Europa, ale najnowsze trendy pojawiają się w Stanach Zjednoczonych. Powód? To w Ameryce mieszka najwięcej bogaczy.

W Stanach Zjednoczonych usługi typu private banking są podzielone na kategorie.
Większość banków ma osobne oddziały do obsługi klientów bogatych i superbogatych. Oba rodzaje usług mieszczą się w kategorii bankowości prywatnej, choć oferta często różni się od siebie, bo ktoś, kto posiada, powiedzmy, 2 miliony dolarów, ma inne potrzeby niż ten z 200 milionami. Obsługa interesów superbogatych częściej przypomina pracę z wielkimi instytucjami biznesowymi niż zarządzanie osobistym majątkiem. O tych klientów toczy się między bankami zacięta rywalizacja, a do działów bankowości prywatnej trafiają najlepsi z najlepszych doradców.
Amerykańscy bankierzy podzielili najbogatszych na dwie kategorie: high-net-worth individual (HNWI) i ultra-high-net-worth (UHNWI). Pierwsi dysponują co najmniej milionem dolarów, drudzy co najmniej 30 milionami. To właśnie ci drudzy mogą liczyć na szczególne względy. "Forbes" szacuje, że na świecie jest ich 70 tysięcy. Aż 29 tysięcy z tej grupy to Amerykanie. 371 mieszkańców USA to miliarderzy.
Przy obliczaniu majątków ludzi bogatych nie uwzględnia się najczęściej wartości pierwszej rezydencji - czyli tej, w której mieszka klient - i bierze pod uwagę przede wszystkim wartość płynnego kapitału. Gdyby jednak uwzględniono wartość domu klienta, przy obecnych cenach nieruchomości w USA miliony mieszkańców takich stanów jak Kalifornia czy Nowy Jork byłyby milionerami.
Ale i tak liczba potencjalnych klientów private bankingu jest w USA ogromna. Według TNS Financial Services w 2005 roku było tam 8,9 miliona gospodarstw domowych, których wartość majątku (bez uwzględniania pierwszej rezydencji) przekraczała milion dolarów. W porównaniu z 2003 r. oznaczało to wzrost aż o 33 procent. Według szacunków Merrill Lynch i Capgemini, do których przyjęto bardziej restrykcyjne kryteria obliczania wartości majątku (przede wszystkim wartość zainwestowanych aktywów), liczba milionerów sięga 1,9 mln osób.
Jeszcze do niedawna zwyczajowo za granicę zamożności pozwalającą na zakwalifikowanie się do private bankingu przyjmowano próg miliona dolarów. Dziś konta bankowe w ramach private bankingu często można otworzyć z wkładem w wysokości 50 tys. lub 100 tys. dolarów, ale np. Morgan Stanley i Merrill Lynch stawiają na klientów przynajmniej z siedmiocyfrowymi rachunkami.
- Dziś wiele ekskluzywnych usług dla prywatnych inwestorów dostępnych jest w dużych bankach dla osób posiadających kapitał inwestycyjny warty co najmniej 5 milionów dolarów - mówi Arthur Dolega, makler polskiego pochodzenia, prowadzący w Nowym Jorku mały butik inwestycyjny Vision Financial Service.
Zdobycie szczegółowych informacji dotyczących private bankingu jest o tyle trudne, że sami maklerzy i menedżerowie kont najbogatszych ludzi to osoby bardzo dyskretne. - Od wielu lat między bankowością prywatną a zwykłymi kontami inwestycyjnymi buduje się chiński mur - mówi zastrzegający anonimowość doradca finansowy Morgan Stanley. Klient korzystający w USA z bankowości prywatnej może liczyć nie tylko na dochowanie tajemnicy przez instytucję finansową, ale także na fachowe doradztwo, jak unikać płacenia podatków poprzez odpowiednią alokację kapitału. Właściciele bentleyów, maybachów, rolls-royce'ów, prywatnych odrzutowców i ekskluzywnych jachtów
też nie zwierzają się z tego, o czym rozmawiają za zamkniętymi drzwiami ze swoimi bankierami.
Działy bankowości prywatnej każdej z trzech największych instytucji finansowych w USA - UBS AG, Citigroup oraz Merrill Lynch - obracają kapitałem najbogatszych ludzi szacowanym na bilion dolarów. Większość banków inwestycyjnych w USA pobiera od swoich klientów opłaty proporcjonalne do zainwestowanego kapitału. Przy 100 tys. dolarów regułą jest 3 proc., ale przy milionie lub więcej wysokość opłat można już negocjować. Klienci mogą także liczyć na szczególne względy przy negocjowaniu oprocentowania kredytów czy lokat bankowych.
Klient najczęściej kontaktuje się z jedną osobą, która jest menedżerem jego inwestycyjnego konta i głównym doradcą finansowym ustalającym cele inwestycyjne. Menedżer jest następnie odpowiedzialny za inwestowanie pieniędzy według wskazówek właściciela.

Cechą charakterystyczną amerykańskiej bankowości prywatnej jest lokowanie kapitału w zamkniętych prywatnych funduszach (private trusts). Wielu bogatych ludzi posiada kilka czy nawet kilkanaście takich funduszy, mających na celu zabezpieczenie członków rodziny albo finansowanie działalności charytatywnej. Prywatny bank wyznacza doradcę, który bierze na siebie prowadzenie funduszu, poczynając od płacenia rachunków na wypadek choroby jego właściciela, a na regulowaniu kwestii podatkowych kończąc. Fundusze pozwalają także na szybkie uregulowanie kwestii spadkowych po śmierci bogatej osoby, ponieważ to właśnie banki - powiernicy załatwiają takie sprawy jak wypełnianie sądowych dokumentacji oraz rozdysponowanie majątku ruchomego i nieruchomego. Mogą także nadzorować wydawanie pieniędzy przez osobę niepełnoletnią.
W ostatnich latach coraz większą popularnością wśród ludzi bardzo zamożnych cieszą się także alternatywne narzędzia inwestycyjne, przede wszystkim fundusze hedgingowe. To również oferta tylko dla bogatych. Ale inwestowanie w takie fundusze wymaga jeszcze większych pieniędzy i nie zawsze można w dowolnym momencie wycofać się z inwestycji. Mimo to zainteresowanie funduszami hedgingowymi rośnie, a w ostatnich latach wiele banków (np. JP Morgan Chase, Citigroup czy Lehman Brothers) zainwestowało w nie, aby włączyć ich ofertę do portfeli inwestycyjnych.
Wielkie banki zaczęły także tworzyć specjalne oddziały alternatywnego inwestowania, tocząc bezpardonową walkę o najlepszych menedżerów. Ostatnio Citigroup złożył na przykład ofertę przejęcia funduszu Old Lane tylko dlatego, by przejąć jego szefa Vikrama Pandita i postawić go na czele oddziału inwestycji alternatywnych. Czego się nie robi dla najbogatszych.

Źrodło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Tomasz Deptuła