Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imprezy Motoryzacyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imprezy Motoryzacyjne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2009

Tor uliczny F1 w Polsce? Ty zdecyduj!

Dziś, w pierwszy dzień czerwca, a przy tym w dzień dedykowany wszystkim dzieciom, rusza plebiscyt TorFormuly1.pl na wybór najlepszej lokalizacji toru ulicznego Formuły Jeden w Polsce.

LG, globalny i technologiczny partner F1, inicjuje „pierwszy krok” na drodze do stworzenia w Polsce toru F1. Wspólnie z zespołem architektów, zajmujących się budową torów zgodnie z wytycznymi Formuły 1, stworzono i szczegółowo opisano projekty torów ulicznych w 4 polskich miastach. Każdy z nas, wchodząc na stronę www.TorFormuly1.pl, będzie mógł głosować na jeden z nich - w Krakowie, Gdyni, Wrocławiu i Warszawie. LG na podstawie głosów poparcia złoży w siedzibie organizacji F1, Formula One Group oficjalną propozycję organizacji wyścigów F1 w Polsce wraz z rekomendowaną - wybraną przez internautów lokalizacją.

Ogólnopolski plebiscyt będzie trwał od 1 czerwca do 31 lipca. Przed wyborem jednego z 4 zaproponowanych torów ulicznych, każdy będzie mógł dokładnie prześledzić ich przebiegi na trójwymiarowych animacjach oraz zapoznać się z dokładnymi parametrami.

"Zależało nam na wytyczeniu torów, które nie pozostaną tylko wizją architektów, ale w przyszłości będą mogły zostać wykorzystane. Nasze projekty zrealizowaliśmy zgodnie z wytycznymi dla torów na licencji F1. Wybór 4 miast również nie był przypadkowy. Wzięliśmy pod uwagę możliwości techniczne otoczenia samego toru, jak i widowiskowość samego wyścigu" - wyjaśnia Robert Młodziński, architekt specjalizujący się w projektach torów wyścigowych. Każdy projekt startujący w plebiscycie został zaprezentowany również pod kątem osiąganych przez kierowców prędkości na poszczególnych odcinkach czy modernizacji niezbędnych do stworzenia toru w każdym z 4 miast.

Uliczny tor w Warszawie został wytyczony wokół budowanego Stadionu Narodowego, uwzględniając bliskość Wisły i planowany rozwój tej części miasta. Krakowski tor o długości 4.44 km prowadzi wzdłuż bulwaru nadwiślańskiego w okolicach mostu Grunwaldzkiego, z którego rozciąga się wspaniała panorama na Wawel i wieże Starego Miasta. Tor uliczny w Gdyni poprowadzony został ulicami centrum miasta blisko nabrzeży portowych i bulwaru. Wrocław jest jednym z miast, w którym już w przeszłości myślano o budowie toru F1. Projekt toru ulicznego wykorzystuje urok tego zabytkowego miasta opartego na wyspach i kanałach Odry.

Serwis internetowy, znajdujący się pod adresem www.TorFormuly1.pl jest również miejscem, gdzie każdy sympatyk Formuły 1 znajdzie aktualne informacje i komentarze specjalistów. W ramach promocji Formuły 1 i plebiscytu TorFormuly1.pl w 4 miastach odbędą się festyny Grand Prix LG F1, w czasie których zaprezentowany będzie jedyny hydrauliczny symulator F1 w Europie, w którym można na własnej skórze poczuć, z jakimi przeciążenia zmagają się kierowcy F1 w czasie wyścigów. Każdy chętny będzie mógł również wystartować w wirtualnych wyścigach na serii symulatorów.

Partnerami plebiscytu TorFormuly1.pl są: Antyradio w Warszawie i Krakowie, Dziennik Polski, Gazeta Wyborcza Trójmiasto, Interia.pl, Radio Plus Gdańsk, Radio Wrocław i Trójmiasto.pl.

Źródło: informacja prasowa, Autor: LG Polska


sobota, 28 marca 2009

Przykre skutki kryzysu - British Motor Show odwolany!

Serwis Auto Express dowiedział się, że przyszłoroczny British Motor Show został odwołany ze względu na fatalną sytuację finansową koncernów motoryzacyjnych, których nie stać na wykupienie przestrzeni wystawienniczej w londyńskiej hali ExCeL.

Organizatorzy targów obiecują jednak, iż impreza nie zostanie całkowicie zlikwidowana, a jedynie przełożona na kolejny rok lub do momentu, w którym przedstawiciele koncernów motoryzacyjnych będą mogli pozwolić sobie na udział w tym wydarzeniu.

Pierwszy British Motor Show został zorganizowany w 1903 roku w londyńskim Crystal Palace przez Brytyjskie Stowarzyszenie Producentów i Sprzedawców Samochodów (SMMT – Society of Motor Manufacturers and Traders). Przez kolejne 32 lata impreza odbywała się w centrum wystawienniczym Olympia, a od roku 1937 do 1976 w Earl’s Court. W roku 1978 British Motor Show po raz pierwszy zagościł w Birmingham w National Exhibition Centre. W 2006 roku brytyjskie targi samochodowe powróciły do Londynu dla hali ExCeL.

Źródło: Auto Experss, Wikipedia, fot. Honda, informacja Moto Target, Autor: Marcin Skrzyński

niedziela, 3 lutego 2008

>Stare rajdy samochodowe nieustraszonych kierowcow.

>Współczesny świat WRC tak ma się do rajdów sprzed pół wieku jak lot biznesklasą w Airbusie do prowadzenia Messerschmitta.

Niby chodzi o to samo - rywalizację na krawędzi ryzyka - ale dawniej było znacznie trudniej niż dziś. Dlaczego zwycięzcy legendarnych rajdów Carrera Panamericana i Mille Miglia weszli do panteonu sław? Bo byli - bez żadnej przesady - nieustraszeni.

Hershel McGriff. Zawód: kierowca rajdowy i wyścigowy. Na karku 79 lat, na koncie wagon pucharów za zwycięstwa w NASCAR. Dziadunio McGriff w wyścigach na owalnym torze był arcymistrzem: 34 razy stawał na najwyższym stopniu podium, 96 razy był w pierwszej piątce i 145 razy zakwalifikował się do dziesiątki najlepszych. Jego kariera zaczęła się w 1950 roku, kiedy za kierownicą zwyczajnego Oldsmobile'a 88 wygrał Carrera Panamericana - rajd, który wymyślono, żeby Meksyk "przybliżyć" do Ameryki.

Na przełomie lat 40. i 50. nikt jeszcze nie myślał o wspaniałych plażach Cancun, a południowy sąsiad USA znajdował się na cywilizacyjnych antypodach. Meksykanie wybudowali więc bity trakt Carrera Panamericana przebiegający z północy na południe i dla wypromowania tej cywilizacyjnej zdobyczy postanowili zorganizować rajd samochodowy.

W 1950 roku na start zgłosiło się 120 śmiałków. Wystartowali z Juarez, żeby po sześciu dniach i przejechaniu aż 3200 km skończyć piekielną walkę w El Ocotal. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, Carrera niewiele odbiegała od pustynnego Dakaru. Trzeba było pokonywać co najmniej 500 kilometrów dziennie, co wcale nie było łatwe. Trasa rajdu przebiegała po zapyziałych szutrowych drogach pełnych dziur i wałęsających się dzikich zwierząt, na wysokości od jednego do trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. Tak wysoko samochody traciły moc i krztusiły się na podjazdach - ich silnikom po prostu brakowało tlenu. Żeby dało się jechać, trzeba było ciągle wymieniać świece i podkręcać zapłon. Z kolei szutrowe nawierzchnie z ubitego naprędce wulkanicznego pyłu błyskawicznie niszczyły opony. Komplet starczał tylko na 1 tysiąc kilometrów oszczędnej jazdy, potem gumy można było wyrzucić do rowu. Dzieła zniszczenia dopełniał gęsty kurz atakujący precyzyjne mechanizmy i olbrzymia różnica temperatur: w Juarez panował 35-stopniowy upał, a w górach zdarzały się przymrozki.

Ciśnienie i stres wykańczały kierowców. Za rajdem nie podążała karawana lotnych serwisów, dlatego pierwszą Carrerę ukończyło zaledwie 47 załóg. Hershel McGriff wygrał przypadkiem, mimo urwanej miski olejowej. Silnik żółtego "Oldsa" romantycznie ozdobionego czerwonymi różami zgasł, kiedy sędzia odmachiwał flagą jego zwycięstwo. Hershel na przejechanie trzech tysięcy kilometrów potrzebował zaledwie 27,5 godziny, co znaczy, że uzyskał średnią prędkość na poziomie 116 km/h. Mało? Zaznaczam, to prędkość ŚREDNIA, podobną - według obecnych standardów FIA - osiągają zawodnicy mistrzostw Europy.

Morderczy i piekielny, groźny i szalony - tak o Carrera Panamericana pisały ówczesne gazety. To wystarczyło za najlepszą reklamę, w następnych edycjach startowały już rajdowe sławy. Wśród nich Karl Kling - rajdowiec naturszczyk. Przed II wojną światową Niemiec był kancelistą u Mercedesa, potem naprawiał myśliwce bojowe, a swój rajdowy talent pokazał dopiero w późnych latach 40. W Carrera Panamericana startował w 300 SL "Gullwing" - supersamochodzie wyczynowym Mercedesa z drzwiami unoszonymi ku górze. W 1952 roku Kling zgarnął główną nagrodę 17 tysięcy dolarów, mimo pechowego zderzenia z sępem. Przy prędkości 160 kilometrów na godzinę wielkie ptaszysko wbiło się do kabiny "jaskółki", boleśnie raniąc pilota i samego Klinga. Niemiec, który wyszedł z wypadku z pokiereszowaną twarzą, okazał się twardzielem - kazał przyspawać metalową kratę osłaniającą szybę i pojechał dalej. Sędziowie wyliczyli, że na jednym z odcinków rozpędził się do 218 km na godzinę, nic więc dziwnego że Mercedes rozłożył konkurencję na łopatki. "Gullwingowi" nie dały rady Ferrari, Lancie, Jaguary i Gordini, nie mówiąc już o stadzie ciężkich amerykańskich Cadillaków, Dodge'ów, Fordów czy Oldsmobile'ów.

Oprócz Klinga w Carrera Panamericana brali udział wszyscy liczący się kierowcy lat 50.: Carroll Shelby, Alberto Ascari, Juan Manuel Fangio czy Phil Hill (ojciec Dereka Hilla, który w 2003 roku brał udział w wyścigach F3000). Wśród VIP-ów nie brakowało arystokratycznych ekscentryków. W 1952 roku w rajdzie rywalizował książę von Metternich, miły pan z nienagannymi manierami (w cywilu meksykański importer VW) i fanatyk prędkości. Wystartował lekkim Porsche 356 z silnikiem 1,5 litra i w klasyfikacji generalnej zajął dobre ósme miejsce.

Była prędkość, były też ofiary. Często śmiertelne - w tamtych czasach, delikatnie mówiąc, ratownictwo nie stało na najwyższym poziomie. Nie było hydraulicznych siłowników i wielkich nożyc do blachy, a w razie kraksy pogniecioną karoserię przecinano siekierami. W Carrera Panamericana z życiem pożegnał się włoski kierowca Felice Bonetto, Meksykanie Estrada "Ché" Menocal i Santos Diaz, pilot Ford Robinson, a także kilku kibiców. W 1955 roku, po rozegraniu zaledwie pięciu edycji, rajd już się nie odbył. Stało się tak trochę z konieczności - w tym samym roku doszło do jednej z największych tragedii w historii sportu samochodowego: rozpędzony Mercedes zabił na trybunach w Le Mans 80 osób. W tak niedobrej atmosferze Carrera, też z duszami na sumieniu, nie miała szans. Impreza znikła z kalendarzy na długie ćwierć wieku.

Odrodziła się dopiero w 1980 roku jako rajd oldtimerów (tych trochę szybszych). Pod względem trudności nie da się go porównywać do Carrery z lat 50., ale dojechanie do mety, to nadal nie lada sztuka. Przekonali się o tym muzycy zespołu Pink Floyd, którzy zapragnęli poczuć dreszczyk rajdowych emocji. Choć byli amatorami i jechali ostrożnie, dostali mocno w skórę. Lider Floydów David Gilmour zaliczył poważny wypadek, a do mety udało się dojechać tylko perkusiście Nickowi Masonowi. W roku 1991 ekipa Floydów nagrała muzykę do pierwszego filmu dokumentującego Carrerę. Zespół nie musiał szukać inspiracji - mimo "dzwonu" Gilmour był rajdem zachwycony.

Klimat Panamericany może poczuć każdy. Edycja 2006 startuje dopiero 21 października. Jeszcze można się zgłosić.

Carrera - czym można się ścigać

Organizatorzy dopuszczają do startu wiele samochodów, ale pierwszeństwo mają oryginały z lat 1950-54. Dla wyrównania szans oldtimery dzielone są na klasy: Turismo de Produccion (numery od 2 do 99; samochody z silnikami cztero-, sześcio- lub ośmiocylindrowymi, z karoseriami z epoki, bez możliwości zastosowania ramy przestrzennej), Turismo Mayor (numery 100-149; samochody z silnikami cztero- lub sześciocylindrowymi wyprodukowane w latach 1940-1954; mogą mieć wentylowane hamulce tarczowe i nowoczesne skrzynie biegów), Sport Menor (numery od 150 do 199, dopuszczone wszystkie samochody sportowe włącznie z prototypami) i Sport Mayor (auta numerowane od 200 do 249, oryginały lub ich repliki, z silnikami o pojemności od 2 do 5 litrów, dopuszczone także silniki nowe). W rajdzie mogą też uczestniczyć samochody historyczne z innych lat, które także podzielono na klasy (Historica A, B oraz C). Na meksykańskich bezdrożach spotyka się Austiny Healeye, Alfy Romeo Giulie, Volvo PV 544, VW Karmann Ghia, Triumphy, a nawet popularne Renault Dauphine, Citroeny DS19 i Fiaty 1100.

Rajdy po włosku

Wzorem dla pierwszej Carrera Panamericana były słynne rajdy-maratony rozgrywane we Włoszech: Targa Florio i Mille Miglia. Pierwszy ma ponad stuletni rodowód i odbywał się tylko z dwoma przerwami na wojny światowe. Drugi, organizowany w latach 1927-57, błyskawicznie zyskał sławę najtrudniejszej imprezy Starego Kontynentu.

Obydwa rajdy były imprezami morderczymi dla samochodów i ich kierowców. Głównie z powodu dystansu - Targa Florio już w roku 1906 liczył aż 446 km, a Mille Miglia, jak na to wskazuje nazwa (po włosku "tysiąc mil"), odbywał się na trasie długości 1500 km z Brescii do Rzymu. Dziś w Targa Florio i Mille Miglia startują oldtimery, ale obydwa rajdy mają swoje odpowiedniki w mistrzostwach Włoch. Targa Florio to teraz Rajd Sycylii, a mianem "Mille Miglia" określa się jedną z rund mistrzostw Europy.

czwartek, 3 stycznia 2008

>Goodwood Festival of Speed

>Na ubiegłoroczny festiwal prędkości w Goodwood sprzedano rekordową liczbę 600 tys. biletów. To jakby cały Poznań naraz odwiedził posiadłość starszego fana czterech kółek.

Doprawdy magiczne to miejsce i niewyobrażalne spotkanie. Wystarczyło 15 lat, aby imprezę okrzyknięto "igrzyskami bogów" i "największym show na ziemi". Nic dziwnego, że zapragnęliśmy wziąć w niej udział. Na miejscu ujrzeliśmy gigantyczną farmę, na niej wąski tor wyścigowy, specjalnie ułożony w pobliskim lesie odcinek szutrowy dla samochodów rajdowych, olbrzymie pola dla publiczności, przenośne trybuny, restauracje, namioty, a nawet scena koncertowa. Wszystko to rozstawiano tylko na jeden weekend, ot tak - dla czystej przyjemności spotkania się i pojeżdżenia samochodami.

Skąd taka błyskotliwa kariera Goodwood? Być może stąd, że nigdzie indziej nie sposób zobaczyć tylu legendarnych pojazdów i najnowszych konstrukcji. A co najważniejsze - nie ustawianych i lśniących na podestach, lecz na torze w akcji. W boksach pojawiają się zespoły wyścigowe F1, Le Mans i WRC ze swoimi najlepszymi maszynami. Nie brakuje także aut, które chwile swojej świetności już dawno mają za sobą.

Wbrew nazwie na festiwalu prędkości nie chodzi o bicie rekordów. Przejazdy na czas traktowane są z lekkim przymrużeniem oka (choć klasyfikacja generalna obowiązuje). Ważniejsze jest spotkanie, atmosfera, publiczność i zapach spalin wyścigowego paliwa i palonej na asfalcie gumy. Tutaj zwykły Kowalski może podejść do sir Stirlinga Mossa, największej gwiazdy brytyjskich sportów wyścigowych, Davida Coultharda, Stiga Blomqvista czy Björna Waldegarda. Pojawiają się też żywe legendy rajdów, jak Ove Andersson - kierowca rajdowy Toyoty, dzisiaj szef sportów motorowych tej marki, Derek Bell - pięciokrotny zwycięzca wyścigu Le Mans i legenda Porsche, wreszcie Walter Röhrl, kierowca rajdowy Porsche 911 i Audi Quattro, dzisiaj szef rozwoju Porsche oraz sam Carroll Shelby - zwycięzca wyścigu Le Mans, kierowca F1 i twórca Shelby Cobra.

Pięćdziesiątka

Tegoroczne Goodwood odbyło się pod hasłem "Iskra geniuszu - bicie rekordów i przesuwanie granic", a marką, która wiodła prym, była Toyota. To za sprawą 50. rocznicy istnienia marki w sportach motorowych oraz budżetu gwarantującego tytuł jednego z głównych sponsorów festiwalu. Nie mogło zabraknąć zatem Ralfa Schumachera, kierowcy teamu Toyoty w F1 i młodszego brata Michaela Schumachera. Na specjalnie przygotowanej konstrukcji przypominającej wielką bramę zawieszono legendarne Toyoty, m.in. bolid F1 TF106, wyścigową Suprę JGTC z 1997 roku, rajdową Celicę GT-Four (ST165) z 1990 czy wreszcie przygotowaną na Le Mans "szufladę" (bo tak niektórzy nazywają te auta) - Toyotę TS020 (GT-One) z 1998 roku.

Nieopodal błyszczały też gwiazdy innych marek. I wcale nie była to światowa premiera Mercedesa SLR w wersji roadster. Ustawiona w rzędzie z innymi znakomitościami, m.in. Bugatti Veyronem, Spykerem, Invictą S1 600 2+2 czy Maseratti, srebrna gwiazda zwyczajnie bladła. I tak już właśnie jest na Goodwood. W masie znakomitych samochodów nie ma tego jednego, który najbardziej przyciąga uwagę. Wszystkie są niesamowite, wyjątkowe, a co najważniejsze - na wyciągnięcie ręki. Ale jak tu liczyć na coś niesamowitego, skoro w rolę "safety car" wcielił się Rolls-Royce Phantom. Jedynie pojawienie się Lewisa Hamiltona, kierowcy teamu F1 McLaren Mercedes, tegorocznego debiutanta, spowodowało niemałe poruszenie. Autografy, brawa i wreszcie to, na co czekały setki tysięcy widzów - pokazowa jazda.

Trochę kultury

Kibice Goodwood mogli także zasmakować nieco rajdowych emocji. Swoje umiejętności na specjalnie przygotowanym odcinku szutrowym zaprezentował Paddy Hopkirk, słynny zwycięzca Rajdu Monte Carlo w 1964. Odcinek ok. 3 tys. metrów zaprojektował Hannu Mikkola i po raz pierwszy zdecydowano, że oprócz sekcji szybkich zakrętów, widzowie będą mogli oglądać efektowną hopę. To właśnie na nią szykował się Colin McRae, który właśnie w Goodwood pokazał auto rajdowe własnej konstrukcji. R4 ma 2,5-litrowy silnik i napęd na cztery koła. Jak zapowiadał, ma to być wóz rajdowy za rozsądną cenę, idealny dla początkujących kierowców z rajdową żyłką. Pierwsze zamówienia już są realizowane. A kogo nie stać na R4, mógł usiąść w fotelu pilota i choć przez chwilę zasmakować rajdowych emocji obok największych sław WRC. Wystarczyło wylicytować przejażdżkę. Bo oprócz całej zabawy i wspaniałej atmosfery Goodwood to także miejsce, w którym Fundacja Richarda Burnsa - tragicznie zmarłego rajdowego mistrza świata z 2001 roku - zbiera pieniądze na pomoc osobom ciężko chorym.

Co najbardziej zaskakuje? Atmosfera. Nie mogę się powstrzymać od wyrażenia opinii, że tylko tutaj samochody, które stoją pod namiotami, można oglądać z bliska, niemal dotykać i rozmawiać z ich właścicielami. W Polsce? Nie do pomyślenia. Odgrodzone barierkami, z ochroniarzami, stałyby jak muzealne eksponaty. Trudno się jednak dziwić, bo szybko znalazłby się miłośnik chromowanych lusterek, które dziwnym trafem przykleiłyby się mu do ręki. Nie w Goodwood. Wystarczy, że spadł deszcz (w końcu to angielski klimat), by kierowcy i mechanicy na siłę wciągali ludzi pod namioty. Tak, obok zabytkowych Lotusów, Jaguarów, koncepcyjnego BMW Mille Miglia z 2006, najnowszego wyścigowego Aston Martina DBR9 czy jedynego na świecie Auto Union Typ C z 1939 roku. To się nazywa kultura motoryzacyjna, której niestety musimy się jeszcze długo uczyć. A może nas na nią nie stać? Jednodniowy bilet kosztował w tym roku 50 funtów, wejściówka na cały weekend aż 100.