Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lifestyle. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 maja 2008

>Kalifornijska niedziela

>Kalifornijska niedziela cz. 1

Jest osiem takich niedziel w roku, kiedy małe miasteczko Pomona, oddalone kilkadziesiąt mil od Los Angeles w Kalifornii staje się Mekką fanów zabytkowej motoryzacji. Relacja z największego autobazaru na zachodnim wybrzeżu USA.

Autor: Andrzej Pietkiewicz

Pomona, niewielkie miasteczko leżące kilkadziesiąt mil na południowy wschód od Los Angeles, osiem razy do roku staje się "mekką" fanów zabytkowej motoryzacji. Oprócz mieszkańców Kalifornii i innych stanów USA, miejsce to ostatnio coraz liczniej odwiedzają goście z Kanady, Meksyku, Europy, a jeśli wierzyć organizatorom, nawet z egzotycznej Japonii i Australii.

Miłośnicy aut wyprodukowanych w kraju "Wuja Sama" nie mogą ominąć tego miejsca w poszukiwaniu kolejnego nabytku do kolekcji, czy też części czy literatury potrzebnej do renowacji już posiadanych.
Tak się wszystko zaczęło...

Pierwszy "autobazar" w Pomonie zorganizował George Cross w 1975 roku. Z pewnością nie przypuszczał, że impreza o lokalnym zasięgu z dwustu miejscami dla sprzedających i budżetem 100 dolarów (tak, to nie pomyłka!) po latach stanie się wielomilionowym przedsięwzięciem. Dzisiaj Pomona Antique Auto Show & Swap Meet jest największą tego typu imprezą na całym zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

Odwiedziło ją dotąd ponad 2 miliony osób. Co półtora miesiąca gromadzi ponad 4 000 pojazdów i 2 700 stoisk z częściami, literaturą i wszelkiego typu pamiątkami związanymi z motoryzacją. Chcąc to wszystko obejrzeć należy przygotować się na odbycie prawie 25-kilometrowego spaceru, co niestety nie jest możliwe podczas jednodniowej imprezy. Liczbę odwiedzających organizatorzy określają każdorazowo na ponad 30 tysięcy.

... a tak jest dzisiaj

Giełda przeznaczona jest dla pojazdów wyprodukowanych co najmniej 25 lat temu. Wyjątkiem są Chevrolety Corvette oraz Porsche, których minimum wiekowe nie obowiązuje. Za wystawienie samochodu organizatorzy pobierają opłatę 20 dolarów. Zwolnione są od niej auta wyprodukowane przed 1932 rokiem, które o własnych siłach przekroczą bramę wjazdową. Pojazdy zjeżdżają w przeddzień imprezy i ustawiane są sektorami według swoistego "klucza". Dzięki temu osoby zainteresowane na przykład Cadillakami nie muszą tracić czasu na oglądanie licznie zgromadzonych Volkswagenów - i odwrotnie.

Bramy dla zwiedzających otwierane są bardzo wcześnie, bo o godzinie 5-tej rano. Kupuję bilet wstępu za 7 dolarów i... zaraz po wejściu niespodzianka - dwa ładnie utrzymane, "kultowe" Cadillaki DeVille z 1959 roku. Dla fanów tej marki to najbardziej poszukiwany rocznik z okresu powojennego, z największymi "ogonami" jakie w Detroit kiedykolwiek wyprodukowano. Biały czterodrzwiowy sedan kosztuje wywoławczo 14.500 dolarów. Silnik pracuje równo, oryginalna tapicerka w całkiem dobrym stanie, niezłe chromy i tylko minimalna rdza w dolnej partii nadwozia. Właściciel skłonny jest do negocjacji.

Obok różowe dwudrzwiowe coupe za 20.500 "zielonych". Serce raduje się na widok tego krążownika - nowy lakier i tapicerka, opony z "seksownymi" szerokimi białymi pasami, dziesiątki kilogramów wypolerowanych chromów. Zdaniem sprzedającego auto nie wymaga żadnych napraw. Zauważyłem później, że obydwa pojazdy nie czekały długo na nowych właścicieli.

Najwięcej oglądających gromadziło się wokół kilkudziesięciu Chevroletów Corvette. Potencjalni nabywcy z odpowiednio zasobnym portfelem mogli w nich dosłownie przebierać. Reprezentowane były niemal wszystkie modele i roczniki, poczynając od pięknie odrestaurowanych egzemplarzy z połowy lat 50-tych. Ceniono je grubo ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jednak dysponując kwotą w granicach 5-6 tysięcy USD również można było zostać właścicielem Corvetty, tyle że zajeżdżonej i wymagająceej "kosmetycznego remontu" Stingray z końca lat 70-tych. Samochody takie mimo wszystko szybko zmieniały właścicieli. Około południa na placu widziałem już tylko nieliczne egzemplarze "korwet" cenionych poniżej dziesięciu tysięcy dolarów.

Aut sprzed wojny "jak na lekarstwo"

Pomimo zachęty ze strony organizatorów w postaci bezpłatnego wjazdu na plac, pojazdów wyprodukowanych przed 1932 rokiem do Pomony zjechało ich niewiele. Nawet w słonecznej Kalifornii takich aut pozostało już stosunkowo mało. Te nieliczne, które przetrwały do naszych czasów w stanie mniej lub bardziej oryginalnym, drzemią sobie w klimatyzowanych garażach swoich bogatych właścicieli i nieśpieszno im do zmiany miejsca pobytu. Zmniejszenie podaży tych aut na rynku to między innymi skutek amerykańskiej mody na "hod rody", czyli maksymalnie przerobione i stuningowane samochody z lat 20-tych i 30-tych, które z oryginałem mają już dzisiaj niestety niewiele wspólnego.

Nieźle utrzymany Dodge Brothers z 1922 roku, podobno na chodzie, wystawiono za 8.500 USD. Chevrolet Coupe z początku lat 20-tych w stanie wymagającym kompletnej renowacji kosztował 3.500 USD. Pochodzący z tego samego okresu dwuosobowy Ford T roadster był do kupienia za około trzydzieści tysięcy dolarów. Ten idealnie odrestaurowany samochód wyposażony był nawet w oryginalny komplet narzędzi oraz stylowe bańki na olej!

Dziękuję Panu Helmuthowi Haginowi za okazaną pomoc, dzięki której artykuł ten mógł powstać.

Moda na "hot rody" nie przemija, American Dream (auta z lat 40-tych i 50-tych), Do wyboru do koloru (lata 60-te), Made in Europe, Auta dla indywidualistów oraz Nie tylko samochody (części i literatura) w 2 części "Kalifornijskiej niedzieli".


Kalifornijska niedziela cz. 2

Hot rody, amerykańskie auta lat 40-tych, 50-tych i 60-tych.

Europejskie produkcje dla indywidualistów oraz części i literatura. To wszystko w II części relacji z autobazaru w Pomonie.

Pierwszy "autobazar" w Pomonie zorganizował George Cross w 1975 roku z budżetem 100 dolarów. Obecnie jest największą tego typu imprezą na zachodzie USA. Zobacz auta na sprzedaż sprzed II wojny światowej.

Moda na "hod rody" nie przemija

Wspomniałem o hod rodach, zwanych również Customs (przez duże C). W Pomonie pojawiło się bardzo wiele pojazdów tego rodzaju, a obserwując przebogatą ofertę na stoiskach z częściami i akcesoriami tuningowymi można mówić wręcz o "hod rod manii". Zjawisko to swoimi korzeniami sięga jeszcze do lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Gustują w nich przeważnie przedstawiciele młodszego pokolenia miłośników starej motoryzacji.

Auta są do granic możliwości przerabiane (uwspółcześniane) pod względem mechanicznym. Również nadwozie, delikatnie rzecz ujmując, nosi indywidualne piętno jego właściciela - często brakuje niektórych elementów w rodzaju pokrywy silnika, czasem skracane są słupki drzwiowe by obniżyć dach. Niskie zawieszenie, z niektórymi jego elementami widocznymi na zewnątrz. Do tego metaliczny lakier, obowiązkowo przyozdobiony płomieniami ognia oraz niewiarygodne ilości chromu. Całości dopełniają błyszczące felgi o małym przekroju oraz szerokie, niskoprofilowe opony. Auta takie nie miałyby pewnie szans na dopuszczenie do ruchu w naszym kraju, w Stanach Zjednoczonych odczuwa się jednak o wiele większy liberalizm i mniejszą biurokrację pod tym względem.

Przygotowanie takiego pojazdu zajmuje nieraz kilka lat pracy i parę tysięcy godzin spędzonych w warsztacie. Odzwierciedlały to ceny hod rodów oferowanych do sprzedaży w Pomonie - zawierały się one w przedziale 30-60 tysięcy dolarów. Niektóre ze stojących na placu pojazdów nie były na sprzedaż, a ich właściciele pragnęli jedynie swoje cuda wystawić na pokaz, czerpiąc satysfakcję z reakcji publiczności na ich widok.

Chrom, ogony i białe opony - American dream

Auta z lat 40-tych i 50-tych były w Pomonie bogato reprezentowane. Amerykański przemysł samochodowy, podczas wojny pracujący wyłącznie na potrzeby wojska, przeżywał powojenny boom. Produkcja samochodów osobowych gwałtownie rosła, nic więc dziwnego, że wiele pojazdów przetrwało do chwili obecnej. W Chevroletach, Fordach, Dodgach i Oldsmobilach można było przebierać.

Auto na chodzie z nadwoziem do remontu można było kupić już od 3-4 tysięcy dolarów. Moim "faworytem" był Buick Special z 1956 roku, z pięknym szafirowo-białym, dwudrzwiowym nadwoziem. Silnik uruchamiał się i pracował nienagannie. Wzrok przyciągał dopiero co położony lakier, nowiutkie "białe" opony, błyszczące w słońcu chromy i odświeżona tapicerka. Właściciel, mieszkaniec Hollywood, wycenił samochód na 6.800 USD i cenę tę nazwałbym superokazyjną.

Natomiast aut z "wyższej półki", czyli Cadillaków, Lincolnów i Imperiali produkowanych w stosunkowo krótkich jak na warunki amerykańskie seriach, widziałem zaledwie parę sztuk. Ich ceny rozpoczynały się od kilkunastu tysięcy dolarów wzwyż.

Do wyboru, do koloru...

Lata 60-te na giełdzie w Pomonie to przede wszystkim Fordy Fairlane i Chevrolety. Z tych ostatnich - zwłaszcza modele Bel Air oraz Impala są dzisiaj bardzo poszukiwane przez średniozamożnych Amerykanów. Jak się dowiedziałem, masowo wykupują je również przybysze z Meksyku, gdzie auta te są niemal przedmiotem kultu. O tym, że tamtejsi rzemieślnicy potrafią przywrócić im dawną świetność, przekonałem się naocznie podczas wycieczki do Tijuana i Encinada, meksykańskich miast położonych w pobliżu granicy z USA.

Nabywcy z nieco bardziej wypchanym portfelem rozglądali się przede wszystkim za Cadillakami w wersji convertible, czyli kabriolet, jak przyjęło się mówić w Europie. Wymagający gruntownej renowacji "Caddy" DeVille z końca lat sześćdziesiątych, z rozkładanym dachem i... dużym przebiegiem, można było nabyć nawet za 5.500 USD. Taki sam samochód w idealnym stanie z 1969 roku widziałem w cenie 12.500 USD. Cadillaki Eldorado w wersji kabriolet z lat 1974-1976 można było "trafić" poniżej pięciu tysięcy dolarów. Na uwagę zasługiwał też stosunkowo rzadki egzemplarz Lincolna Continental Convertible z 1962 roku za 10.500 USD. W takim właśnie aucie zginął w zamachu w Dallas prezydent John F. Kennedy. Jest to jeden z nielicznych czterodrzwiowych kabrioletów na motoryzacyjnym rynku.

Made in Europe

Wśród samochodów europejskich najliczniej reprezentowane były Volkswageny. Importowano je do USA w masowych ilościach, nic więc dziwnego, że na giełdzie w Pomonie naliczyłem ich ponad setkę. Ceny porównywalne z naszymi. Sportowy model Karmann Ghia w idealnym stanie można było nabyć za 5-8 tysięcy dolarów w wersji coupe lub ponad 10 tysięcy za kabriolet. Również w tych samych granicach należało zapłacić za Porsche 911 i 912 z końca lat 60-tych. Cena na Mercedesy SL model 107 wahała się od 4.500 do 10.000 USD w zależności od stanu i wyposażenia. Przedstawicielem aut luksusowych "made in Europe" był nieskazitelny Rolls-Royce Silver Shadow z 1976 roku, wyceniony na 20 tysięcy dolarów.

Auta dla indywidualistów

Wśród paru tysięcy aut znalazły się również pojazdy stanowiące rzadkość nawet jak na warunki kalifornijskie. Wykładając 32 tysiące dolarów można było stać się właścicielem majestatycznego Rolls-Royce'a Silver Wraith z 1950 roku. Za przepięknego Lincolna Continental Convertible z 1949 roku należało zapłacić 55 tysięcy. Inne "rodzynki" to odrestaurowany Mercedes 190 SL z 1958 roku za 30.000 USD, Porsche 356 Coupe z 1966 roku z nadwoziem do remontu za 14.000 USD czy też ultrarzadki Baroque z 1983 roku za 35.000 USD. Tłumek gapiów otaczał wspaniałego Ferrari Dino o wyglądzie, jakby auto dopiero poprzedniego dnia opuściło zakład produkcyjny w Modenie. Za kierownicą trzydziestoparoletni właściciel, typ playboya. P.O.R. czyli cena na życzenie - głosiła kartka za szybą. Nie ośmieliłem się pytać...

Reprezentowane też były wszelkiego rodzaju repliki i kit-cary - od kiczowatej Gazelle (niegdyś oferowanej przez producenta w częściach do samodzielnego montażu) w cenie 3.500 USD, poprzez repliki Porsche 356 oscylujące w granicach 10-12 tysięcy do współczesnej, fabrycznej repliki legendarnej Cobry za około 50.000 USD.

Nie tylko samochody

Na stoiskach można było znaleźć niemal wszystko, co wiąże się z motoryzacją - od nowych i używanych części zamiennych, poprzez akcesoria, literaturę i modele aut, na starych plakatach, znakach drogowych i pompach ze stacji benzynowych kończąc. Do samochodów produkcji amerykańskiej, zwłaszcza tych bardziej popularnych, można było znaleźć niemal wszystko. Komplet świeżo pochromowanych zderzaków do Chevy Bel Air z 1958 roku - proszę bardzo - 990 USD za parę. Klamka wewnętrzna do Caddiego Sixty Special sprzed wojny - no problem, dwadzieścia dolarów. Nowiutkie opony do Forda T z 1925 roku - około 400 USD za komplet.

Widać, że na potrzeby miłośników zabytkowych pojazdów pracuje dziś w USA cała gałąź przemysłu. Niektórzy handlarze przyjechali z własnymi sklepami na kołach, mieszczącymi się w specjalnie do tego celu przystosowanych kontenerach lub kilkunastometrowej długości przyczepach. Inni wyznając zapewne zasadę, że to co dla kogoś jest niepotrzebnym złomem, dla innych może być znaleziskiem na wagę złota - przywieźli do Pomony zawartość garażowego pojemnika na śmieci. Tym niemniej handel kwitnie - niemal każda osoba opuszcza tereny handlowe ze "skarbami" pod pachą lub na specjalnych wózkach, które można wypożyczyć od organizatorów.

Powodów do narzekań z pewnością nie mają również właściciele licznych punktów gastronomicznych. W powietrzu unosi się wszechobecna woń towarzysząca tak popularnemu tutaj grillowaniu. Po południu, gdy impreza dobiega końca, okoliczne autostrady zapełniają się nowiutkimi krążownikami. Wiozą na lawetach lub w swoich przepastnych bagażnikach "upolowane" w Pomonie zdobycze, dzięki którym niejeden wehikuł z czasów naszych ojców czy dziadków zostanie przywrócony do dawnej świetności.

Dziękuję Panu Helmuthowi Haginowi za okazaną pomoc, dzięki której artykuł ten mógł powstać.

Kolekcja Samochodów Zabytkowych - Cadillac Sixty Special (1939), Excalibur Phaeton Series III (1975) oraz Rolls-Royce Silver Cloud III (1964). Andrzej Pietkiewicz.

Kalifornijska niedziela

Kalifornijska niedziela cz. 1

Jest osiem takich niedziel w roku, kiedy małe miasteczko Pomona, oddalone kilkadziesiąt mil od Los Angeles w Kalifornii staje się Mekką fanów zabytkowej motoryzacji. Relacja z największego autobazaru na zachodnim wybrzeżu USA.

Autor: Andrzej Pietkiewicz

Pomona, niewielkie miasteczko leżące kilkadziesiąt mil na południowy wschód od Los Angeles, osiem razy do roku staje się "mekką" fanów zabytkowej motoryzacji. Oprócz mieszkańców Kalifornii i innych stanów USA, miejsce to ostatnio coraz liczniej odwiedzają goście z Kanady, Meksyku, Europy, a jeśli wierzyć organizatorom, nawet z egzotycznej Japonii i Australii.

Miłośnicy aut wyprodukowanych w kraju "Wuja Sama" nie mogą ominąć tego miejsca w poszukiwaniu kolejnego nabytku do kolekcji, czy też części czy literatury potrzebnej do renowacji już posiadanych.
Tak się wszystko zaczęło...

Pierwszy "autobazar" w Pomonie zorganizował George Cross w 1975 roku. Z pewnością nie przypuszczał, że impreza o lokalnym zasięgu z dwustu miejscami dla sprzedających i budżetem 100 dolarów (tak, to nie pomyłka!) po latach stanie się wielomilionowym przedsięwzięciem. Dzisiaj Pomona Antique Auto Show & Swap Meet jest największą tego typu imprezą na całym zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.

Odwiedziło ją dotąd ponad 2 miliony osób. Co półtora miesiąca gromadzi ponad 4 000 pojazdów i 2 700 stoisk z częściami, literaturą i wszelkiego typu pamiątkami związanymi z motoryzacją. Chcąc to wszystko obejrzeć należy przygotować się na odbycie prawie 25-kilometrowego spaceru, co niestety nie jest możliwe podczas jednodniowej imprezy. Liczbę odwiedzających organizatorzy określają każdorazowo na ponad 30 tysięcy.

... a tak jest dzisiaj

Giełda przeznaczona jest dla pojazdów wyprodukowanych co najmniej 25 lat temu. Wyjątkiem są Chevrolety Corvette oraz Porsche, których minimum wiekowe nie obowiązuje. Za wystawienie samochodu organizatorzy pobierają opłatę 20 dolarów. Zwolnione są od niej auta wyprodukowane przed 1932 rokiem, które o własnych siłach przekroczą bramę wjazdową. Pojazdy zjeżdżają w przeddzień imprezy i ustawiane są sektorami według swoistego "klucza". Dzięki temu osoby zainteresowane na przykład Cadillakami nie muszą tracić czasu na oglądanie licznie zgromadzonych Volkswagenów - i odwrotnie.

Bramy dla zwiedzających otwierane są bardzo wcześnie, bo o godzinie 5-tej rano. Kupuję bilet wstępu za 7 dolarów i... zaraz po wejściu niespodzianka - dwa ładnie utrzymane, "kultowe" Cadillaki DeVille z 1959 roku. Dla fanów tej marki to najbardziej poszukiwany rocznik z okresu powojennego, z największymi "ogonami" jakie w Detroit kiedykolwiek wyprodukowano. Biały czterodrzwiowy sedan kosztuje wywoławczo 14.500 dolarów. Silnik pracuje równo, oryginalna tapicerka w całkiem dobrym stanie, niezłe chromy i tylko minimalna rdza w dolnej partii nadwozia. Właściciel skłonny jest do negocjacji.

Obok różowe dwudrzwiowe coupe za 20.500 "zielonych". Serce raduje się na widok tego krążownika - nowy lakier i tapicerka, opony z "seksownymi" szerokimi białymi pasami, dziesiątki kilogramów wypolerowanych chromów. Zdaniem sprzedającego auto nie wymaga żadnych napraw. Zauważyłem później, że obydwa pojazdy nie czekały długo na nowych właścicieli.

Najwięcej oglądających gromadziło się wokół kilkudziesięciu Chevroletów Corvette. Potencjalni nabywcy z odpowiednio zasobnym portfelem mogli w nich dosłownie przebierać. Reprezentowane były niemal wszystkie modele i roczniki, poczynając od pięknie odrestaurowanych egzemplarzy z połowy lat 50-tych. Ceniono je grubo ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jednak dysponując kwotą w granicach 5-6 tysięcy USD również można było zostać właścicielem Corvetty, tyle że zajeżdżonej i wymagająceej "kosmetycznego remontu" Stingray z końca lat 70-tych. Samochody takie mimo wszystko szybko zmieniały właścicieli. Około południa na placu widziałem już tylko nieliczne egzemplarze "korwet" cenionych poniżej dziesięciu tysięcy dolarów.

Aut sprzed wojny "jak na lekarstwo"

Pomimo zachęty ze strony organizatorów w postaci bezpłatnego wjazdu na plac, pojazdów wyprodukowanych przed 1932 rokiem do Pomony zjechało ich niewiele. Nawet w słonecznej Kalifornii takich aut pozostało już stosunkowo mało. Te nieliczne, które przetrwały do naszych czasów w stanie mniej lub bardziej oryginalnym, drzemią sobie w klimatyzowanych garażach swoich bogatych właścicieli i nieśpieszno im do zmiany miejsca pobytu. Zmniejszenie podaży tych aut na rynku to między innymi skutek amerykańskiej mody na "hod rody", czyli maksymalnie przerobione i stuningowane samochody z lat 20-tych i 30-tych, które z oryginałem mają już dzisiaj niestety niewiele wspólnego.

Nieźle utrzymany Dodge Brothers z 1922 roku, podobno na chodzie, wystawiono za 8.500 USD. Chevrolet Coupe z początku lat 20-tych w stanie wymagającym kompletnej renowacji kosztował 3.500 USD. Pochodzący z tego samego okresu dwuosobowy Ford T roadster był do kupienia za około trzydzieści tysięcy dolarów. Ten idealnie odrestaurowany samochód wyposażony był nawet w oryginalny komplet narzędzi oraz stylowe bańki na olej!

Dziękuję Panu Helmuthowi Haginowi za okazaną pomoc, dzięki której artykuł ten mógł powstać.

Moda na "hot rody" nie przemija, American Dream (auta z lat 40-tych i 50-tych), Do wyboru do koloru (lata 60-te), Made in Europe, Auta dla indywidualistów oraz Nie tylko samochody (części i literatura) w 2 części "Kalifornijskiej niedzieli".


Kalifornijska niedziela cz. 2

Hot rody, amerykańskie auta lat 40-tych, 50-tych i 60-tych.

Europejskie produkcje dla indywidualistów oraz części i literatura. To wszystko w II części relacji z autobazaru w Pomonie.

Pierwszy "autobazar" w Pomonie zorganizował George Cross w 1975 roku z budżetem 100 dolarów. Obecnie jest największą tego typu imprezą na zachodzie USA. Zobacz auta na sprzedaż sprzed II wojny światowej.

Moda na "hod rody" nie przemija

Wspomniałem o hod rodach, zwanych również Customs (przez duże C). W Pomonie pojawiło się bardzo wiele pojazdów tego rodzaju, a obserwując przebogatą ofertę na stoiskach z częściami i akcesoriami tuningowymi można mówić wręcz o "hod rod manii". Zjawisko to swoimi korzeniami sięga jeszcze do lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Gustują w nich przeważnie przedstawiciele młodszego pokolenia miłośników starej motoryzacji.

Auta są do granic możliwości przerabiane (uwspółcześniane) pod względem mechanicznym. Również nadwozie, delikatnie rzecz ujmując, nosi indywidualne piętno jego właściciela - często brakuje niektórych elementów w rodzaju pokrywy silnika, czasem skracane są słupki drzwiowe by obniżyć dach. Niskie zawieszenie, z niektórymi jego elementami widocznymi na zewnątrz. Do tego metaliczny lakier, obowiązkowo przyozdobiony płomieniami ognia oraz niewiarygodne ilości chromu. Całości dopełniają błyszczące felgi o małym przekroju oraz szerokie, niskoprofilowe opony. Auta takie nie miałyby pewnie szans na dopuszczenie do ruchu w naszym kraju, w Stanach Zjednoczonych odczuwa się jednak o wiele większy liberalizm i mniejszą biurokrację pod tym względem.

Przygotowanie takiego pojazdu zajmuje nieraz kilka lat pracy i parę tysięcy godzin spędzonych w warsztacie. Odzwierciedlały to ceny hod rodów oferowanych do sprzedaży w Pomonie - zawierały się one w przedziale 30-60 tysięcy dolarów. Niektóre ze stojących na placu pojazdów nie były na sprzedaż, a ich właściciele pragnęli jedynie swoje cuda wystawić na pokaz, czerpiąc satysfakcję z reakcji publiczności na ich widok.

Chrom, ogony i białe opony - American dream

Auta z lat 40-tych i 50-tych były w Pomonie bogato reprezentowane. Amerykański przemysł samochodowy, podczas wojny pracujący wyłącznie na potrzeby wojska, przeżywał powojenny boom. Produkcja samochodów osobowych gwałtownie rosła, nic więc dziwnego, że wiele pojazdów przetrwało do chwili obecnej. W Chevroletach, Fordach, Dodgach i Oldsmobilach można było przebierać.

Auto na chodzie z nadwoziem do remontu można było kupić już od 3-4 tysięcy dolarów. Moim "faworytem" był Buick Special z 1956 roku, z pięknym szafirowo-białym, dwudrzwiowym nadwoziem. Silnik uruchamiał się i pracował nienagannie. Wzrok przyciągał dopiero co położony lakier, nowiutkie "białe" opony, błyszczące w słońcu chromy i odświeżona tapicerka. Właściciel, mieszkaniec Hollywood, wycenił samochód na 6.800 USD i cenę tę nazwałbym superokazyjną.

Natomiast aut z "wyższej półki", czyli Cadillaków, Lincolnów i Imperiali produkowanych w stosunkowo krótkich jak na warunki amerykańskie seriach, widziałem zaledwie parę sztuk. Ich ceny rozpoczynały się od kilkunastu tysięcy dolarów wzwyż.

Do wyboru, do koloru...

Lata 60-te na giełdzie w Pomonie to przede wszystkim Fordy Fairlane i Chevrolety. Z tych ostatnich - zwłaszcza modele Bel Air oraz Impala są dzisiaj bardzo poszukiwane przez średniozamożnych Amerykanów. Jak się dowiedziałem, masowo wykupują je również przybysze z Meksyku, gdzie auta te są niemal przedmiotem kultu. O tym, że tamtejsi rzemieślnicy potrafią przywrócić im dawną świetność, przekonałem się naocznie podczas wycieczki do Tijuana i Encinada, meksykańskich miast położonych w pobliżu granicy z USA.

Nabywcy z nieco bardziej wypchanym portfelem rozglądali się przede wszystkim za Cadillakami w wersji convertible, czyli kabriolet, jak przyjęło się mówić w Europie. Wymagający gruntownej renowacji "Caddy" DeVille z końca lat sześćdziesiątych, z rozkładanym dachem i... dużym przebiegiem, można było nabyć nawet za 5.500 USD. Taki sam samochód w idealnym stanie z 1969 roku widziałem w cenie 12.500 USD. Cadillaki Eldorado w wersji kabriolet z lat 1974-1976 można było "trafić" poniżej pięciu tysięcy dolarów. Na uwagę zasługiwał też stosunkowo rzadki egzemplarz Lincolna Continental Convertible z 1962 roku za 10.500 USD. W takim właśnie aucie zginął w zamachu w Dallas prezydent John F. Kennedy. Jest to jeden z nielicznych czterodrzwiowych kabrioletów na motoryzacyjnym rynku.

Made in Europe

Wśród samochodów europejskich najliczniej reprezentowane były Volkswageny. Importowano je do USA w masowych ilościach, nic więc dziwnego, że na giełdzie w Pomonie naliczyłem ich ponad setkę. Ceny porównywalne z naszymi. Sportowy model Karmann Ghia w idealnym stanie można było nabyć za 5-8 tysięcy dolarów w wersji coupe lub ponad 10 tysięcy za kabriolet. Również w tych samych granicach należało zapłacić za Porsche 911 i 912 z końca lat 60-tych. Cena na Mercedesy SL model 107 wahała się od 4.500 do 10.000 USD w zależności od stanu i wyposażenia. Przedstawicielem aut luksusowych "made in Europe" był nieskazitelny Rolls-Royce Silver Shadow z 1976 roku, wyceniony na 20 tysięcy dolarów.

Auta dla indywidualistów

Wśród paru tysięcy aut znalazły się również pojazdy stanowiące rzadkość nawet jak na warunki kalifornijskie. Wykładając 32 tysiące dolarów można było stać się właścicielem majestatycznego Rolls-Royce'a Silver Wraith z 1950 roku. Za przepięknego Lincolna Continental Convertible z 1949 roku należało zapłacić 55 tysięcy. Inne "rodzynki" to odrestaurowany Mercedes 190 SL z 1958 roku za 30.000 USD, Porsche 356 Coupe z 1966 roku z nadwoziem do remontu za 14.000 USD czy też ultrarzadki Baroque z 1983 roku za 35.000 USD. Tłumek gapiów otaczał wspaniałego Ferrari Dino o wyglądzie, jakby auto dopiero poprzedniego dnia opuściło zakład produkcyjny w Modenie. Za kierownicą trzydziestoparoletni właściciel, typ playboya. P.O.R. czyli cena na życzenie - głosiła kartka za szybą. Nie ośmieliłem się pytać...

Reprezentowane też były wszelkiego rodzaju repliki i kit-cary - od kiczowatej Gazelle (niegdyś oferowanej przez producenta w częściach do samodzielnego montażu) w cenie 3.500 USD, poprzez repliki Porsche 356 oscylujące w granicach 10-12 tysięcy do współczesnej, fabrycznej repliki legendarnej Cobry za około 50.000 USD.

Nie tylko samochody

Na stoiskach można było znaleźć niemal wszystko, co wiąże się z motoryzacją - od nowych i używanych części zamiennych, poprzez akcesoria, literaturę i modele aut, na starych plakatach, znakach drogowych i pompach ze stacji benzynowych kończąc. Do samochodów produkcji amerykańskiej, zwłaszcza tych bardziej popularnych, można było znaleźć niemal wszystko. Komplet świeżo pochromowanych zderzaków do Chevy Bel Air z 1958 roku - proszę bardzo - 990 USD za parę. Klamka wewnętrzna do Caddiego Sixty Special sprzed wojny - no problem, dwadzieścia dolarów. Nowiutkie opony do Forda T z 1925 roku - około 400 USD za komplet.

Widać, że na potrzeby miłośników zabytkowych pojazdów pracuje dziś w USA cała gałąź przemysłu. Niektórzy handlarze przyjechali z własnymi sklepami na kołach, mieszczącymi się w specjalnie do tego celu przystosowanych kontenerach lub kilkunastometrowej długości przyczepach. Inni wyznając zapewne zasadę, że to co dla kogoś jest niepotrzebnym złomem, dla innych może być znaleziskiem na wagę złota - przywieźli do Pomony zawartość garażowego pojemnika na śmieci. Tym niemniej handel kwitnie - niemal każda osoba opuszcza tereny handlowe ze "skarbami" pod pachą lub na specjalnych wózkach, które można wypożyczyć od organizatorów.

Powodów do narzekań z pewnością nie mają również właściciele licznych punktów gastronomicznych. W powietrzu unosi się wszechobecna woń towarzysząca tak popularnemu tutaj grillowaniu. Po południu, gdy impreza dobiega końca, okoliczne autostrady zapełniają się nowiutkimi krążownikami. Wiozą na lawetach lub w swoich przepastnych bagażnikach "upolowane" w Pomonie zdobycze, dzięki którym niejeden wehikuł z czasów naszych ojców czy dziadków zostanie przywrócony do dawnej świetności.

Dziękuję Panu Helmuthowi Haginowi za okazaną pomoc, dzięki której artykuł ten mógł powstać.

Kolekcja Samochodów Zabytkowych - Cadillac Sixty Special (1939), Excalibur Phaeton Series III (1975) oraz Rolls-Royce Silver Cloud III (1964). Andrzej Pietkiewicz.

środa, 17 października 2007

>Dzieje słynnych tendencji w stylistyce aut

>

Dziewięć tendencji wzorniczych, które na zawsze odmieniły oblicze samochodu.

Raz w modzie są miękkie, raz ostre linie - ewolucję samochodowego wzornictwa można sobie wyobrazić jako swoiste falowanie tych dwóch tendencji.

Pierwsze lata po II wojnie światowej to czas linii miękkich. Potem, w latach 60. i 70. XX w., dominowały kanciaste nadwozia. W latach 80. do głosu na powrót zaczęły dochodzić zaokrąglone kształty. Apogeum tej mody przypadło na minioną dekadę. Teraz styliści powoli zaczynają wracać do ostrych krawędzi w nadwoziach aut. Czy oznacza to, że za jakieś 20 lat możemy się znów spodziewać krągłości?

Mody w motoryzacji wydają się zatem zmieniać z zadziwiającą regularnością. Niezależnie od tego styliści próbowali lansować niezliczoną ilość pomysłów odbiegających od schematów. O niektórych pamiętają już tylko ich autorzy, inne na zawsze odmieniły przemysł samochodowy.

1.
Idea: nadwozia pontonowe

Początki: lata 40. XX w.
Obecny poziom zainteresowania: bardzo wysoki
Tendencja: stała

Pierwsze automobile do złudzenia przypominały konne powozy z charakterystycznie wyodrębnionymi z reszty nadwozia błotnikami i stopniami, które ułatwiały zajmowanie miejsca we wnętrzu. Mimo oczywistej ewolucji, jaką przeszły automobile w pierwszych dekadach XX w., te dwa elementy nadwozia utrzymywały się szczególnie długo. Zmieniło się to po II wojnie światowej, kiedy po kilku latach przerwy wznowiono produkcję cywilnych samochodów. Klienci zaczęli się domagać nowych pomysłów stylistycznych, traktując odstające od karoserii boczne błotniki i stopnie jako anachronizm.

Remedium okazało się nadwozie pontonowe o płaskich bokach, którego integralną część stanowią błotniki. Dziś trudno ustalić, która firma jako pierwsza zaoferowała samochód z pontonowym nadwoziem. Pewne jest, że nowa moda przyszła z USA (np. studyjny Chrylser Thunderbolt z 1940 r. czy seryjny Kaiser z 1946 r.). Jednymi z pierwszym europejskich pontonowych modeli były np. brytyjskie Hillman Minx Phase III i Standard Vanguard I czy niemiecki Borgward Hansa 1500/1800/1800D, wszystkie z 1948 r.

Pontonowe nadwozie jest powszechnie stosowane do dziś w zdecydowanej większości samochodów. Patrząc jednak na zamaszyste błotniki VW New Beetle czy Chryslera PT Cruisera, można pomyśleć, że nadwozie pontonowe wkrótce znajdzie się w odwrocie. Czy aby na pewno? W końcu jedna, a nawet dwie jaskółki wiosny nie czynią.

2.
Idea: chowane przednie reflektory

Początki: lata 30. XX w.
Obecny poziom zainteresowania: niski
Tendencja: spadkowa

Pierwsze szkice modelu Cord 810 pochodzą jeszcze z 1933 r. Dwa lata później, w 1935 r., ten amerykański wóz został oficjalnie zaprezentowany, z miejsca wzbudzając sensację chowanymi w głąb błotników reflektorami. Takie rozwiązanie - po raz pierwszy zastosowane właśnie w tym samochodzie - stało się jednak dość powszechne dopiero 30 lat po debiucie amerykańskiej konstrukcji i zadomowiło się niemal wyłącznie w modelach sportowych samochodów.

Powód był błahy - ówczesne reflektory miały spore rozmiary. Styliści chcieli zaś możliwie jak najniżej poprowadzić linię przedniej części sportowego samochodu. Tych chęci i ograniczeń nie dało się wtedy pogodzić inaczej, niż instalując reflektory, które będą się chować w nadwozie pojazdu. Pomysł miał dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, wóz wyglądał pięknie, ale tylko wówczas, kiedy nie trzeba było zapalać świateł. Przy podniesionych w górę reflektorach cały czar harmonijnie zaprojektowanego nadwozia błyskawicznie pryskał. Drugim i chyba najważniejszym powodem wątpliwości były kwestie bezpieczeństwa związane ze zwiększonym ryzykiem, jakie niosły podniesione w górę światła.

Dlatego wraz w wprowadzeniem nowych odmian reflektorów o mniejszych wymiarach (np. projektorowych) chowane światła powoli zaczęły tracić popularność. Linię pokrywy silnika można było poprowadzić nisko i jednocześnie wkomponować w nią nowoczesne źródła światła. Dziś chowane reflektory spotyka się równie rzadko co gramofony na korbkę.

Ciekawą metamorfozę przechodziły auta wyposażone w takie reflektory, np. Ferrari Testarossa, Honda NSX czy Mazda MX-5. Pierwsze wersje tych modeli miały jeszcze podnoszone światła. Z czasem ich miejsce zajęły nowoczesne soczewki pokryte przezroczystą taflą.

Chowane reflektory nie zawsze były tej samej budowy. Obok podnoszonych samoczynnie za pomocą silniczka elektrycznego tuż po włączeniu świateł zdarzały się sterowane ręcznie. Takie rozwiązanie posiadał Opel GT z 1968 r. Dodatkowo jego reflektory nie podnosiły się w górę, lecz obracały dookoła o 180 stopni.

Jeszcze innym kuriozum były światła Porsche 928 (1977 r.) i 968 (1991 r.). Reflektory tych modeli aut dosłownie leżały na masce, podnosząc się - kiedy zaszła potrzeba - o blisko 90 stopni.

3.
Idea: nadwozie typu hatchback

Początki: lata 60. XX w.
Obecny poziom zainteresowania: wysoki
Tendencja: stała

Gdyby władze PRL zgodziły się na seryjną produkcję Syreny 110 z 1964 r., być może moglibyśmy się dziś pochwalić pierwszym hatchbackiem w dziejach motoryzacji. A tak powszechnie uważa się, że to miano należy do Renault 16 przedstawionego oficjalnie w 1965 r.

Tak naprawdę wskazywanie pierwszego hatchbacka w dziejach motoryzacji jest ryzykowne. Jeśli przyjąć klasyczną definicję tego rodzaju nadwozia (dwubryłowa karoseria z dużą tylną klapą), to czyż hatchbackiem nie jest już np. Renault 4 z 1961 r.? Podobne przykłady można mnożyć.

Dziś hatchback preferowany jest głównie w segmencie małych i miejskich wozów (np. Nissan Micra czy Citroën C3), choć trafia się też w modelach aut klasy średniej (Renault Laguna, Opel Vectra). Hatchbacki tego ostatniego segmentu upodobali sobie zwłaszcza klienci z Wysp Brytyjskich.

4.
Idea: minivan

Początki: kto to wie
Obecny poziom zainteresowania: bardzo wysoki
Tendencja: rosnąca

Podobnie jak w przypadku hatchbacka trudno powiedzieć, kto skonstruował pierwszego minivana na świecie. Nikt z całą pewnością nie ustali, czy były nim studyjne Alfa Romeo z nadwoziem firmy Castagna (1913 r.), Rumpler (1921 r.), Scarab (1935 r.) lub Lancia Megagamma (1978 r.), czy raczej seryjne Fiat Multipla (1955 r.), Nissan Praire (1982 r.), Mitsubishi Space Wagon (1983 r.), Chrysler Voyager (1983 r.) bądź Renault Espace (1984 r.).

Firmy samochodowe na dobre zaczęły się interesować praktycznymi i przestronnymi minivanami pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. Nowy trend podsycali analitycy, którzy wieścili w motoryzacji boom na takie pojazdy, niemający równego sobie od czasu rewolucji hatchbacków w latach 70. XX w.

Tymczasem okazało się, że klienci nie podzielają entuzjazmu ekspertów. Największą barierę dla nabywców stanowiły słone ceny minivanów i ich duże zewnętrzne wymiary utrudniające sprawne poruszanie się w mieście. Ratunek przyszedł z Francji w 1996 r., kiedy Renault przedstawił model Mégane Scenic powszechnie uważany za prekursora kompaktowych minivanów. Samochód zawojował rynek, konkurencja zaś szybko przedstawiła swoje kontrpropozycje. Wkrótce do rodziny kompaktowych minivanów dołączyły Fiat z Multiplą, Opel z Zafirą, Nissan z Almerą Tino czy Citroën z Xsarą Picasso.

Powoli jednak i minivanom wyrasta konkurencja w postaci rozmaitych hybryd minivanów i samochodów kombi (np. Chrysler Pacifica), minivanów, pojazdów terenowych oraz sportowych wozów (np. Pontiac Vibe czy Toyota Matrix) czy minivanów i coupé (Renault Avantime).

Jest też jeszcze jeden podgatunek - mikrovany. Każdy, kto zobaczy Daewoo Matiza, Opla Agilę czy Renault Twingo, od razu będzie wiedział, w czym rzecz.

5.
Idea: linia klina

Początki: koniec lat 60. XX w.
Obecny poziom zainteresowania: dość wysoki
Tendencja: stała, w przyszłości być może rosnąca

Uznany za stylistę stulecia Giorgetto Giugaro może się podpisać pod dwoma najwybitniejszymi nadwoziami najpełniej oddającymi ideę klinowej sylwetki. Kiedy jeszcze szefował firmie wzorniczej Ghia, stworzył sylwetkę Maserati Ghibli (1966 r.), jednego z pierwszych wozów o klinowej linii. Dziewięć lat później, w 1975 r., światło dzienne ujrzało kolejne dzieło genialnego Włocha - samochód Lotus Esprit wytwarzany zresztą z pewnymi zmianami po dziś dzień.

Linia nadwozie w kształcie klina wznosi się na całej swojej długości ku górze. Przednią część trzeba więc poprowadzić nisko (jakże pomocne okazały się niegdyś chowane reflektory!), tylną - możliwie wysoko. Całość ma sprawiać wrażenie dzikiego, drapieżnego kota czającego się do skoku. To właśnie dlatego nadwozie tego typu miały i mają sportowe samochody, choć nie tylko one. Najlepiej linia klina wygląda w połączeniu z ostrymi liniami nadwozia (patrz wspomniany Lotus).

Idea klina miała wielkie powodzenie w latach 70. XX w. Później, kiedy styliści zdecydowali się wprowadzać coraz więcej miękkich linii, uległa pewnemu rozmyciu. Teraz jednak daje się zauważyć, że linie ostre powracają do łask. Najlepiej spojrzeć z boku na Chryslera Crossfire, który w przyszłym roku wejdzie do sprzedaży w Stanach Zjednoczonych. Co za klin!

6.
Idea: tylne skrzydła

Początki: 1948 r.
Obecny poziom zainteresowania: zerowy
Tendencja: brak

Cadillac 62 z 1948 r. przeszedłby w kronikach motoryzacji bez echa, gdyby nie zwieńczenia nadwozia w kształcie skrzydeł. Zapatrzony na tylne usterzenie wojskowego samolotu Lockheed P-38 Lightning Harley Earl tym ruchem przeszedł do historii. Później bez skrzydeł nie mógł się obejść żaden z kilkuset różnych modeli wytwarzanych na przestrzeni kilkunastu lat w Stanach Zjednoczonych. W samochodzie mogło zabraknąć radioodbiornika czy chromowanych listw bocznych, ale musiał mieć skrzydła.

Ogoniasta moda trafiła także do Europy. Skrzydła pojawiały się też w samochodach produkowanych w krajach bloku wschodniego (np. późniejsze wersji Škody Octavii). Jednak nigdzie indziej ogony nie osiągnęły takich rozmiarów jak w USA.

Skrzydła sięgnęły zenitu w 1959 r. wraz z Cadillakiem Eldorado Biarritz. Później zaczęły się kurczyć, by zaniknąć definitywnie pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. I nic nie wskazuje, by kiedykolwiek miały powrócić. Nawet na fali nostalgii.

7.
Idea: nostalgia

Początki: koniec ubiegłego wieku
Obecny poziom zainteresowania: średni
Tendencja: rosnąca

Psychologowie uważają, że ludzie mają tendencję do mitologizowania dni, które minęły. "Kiedyś to były czasy" - zwykło się mówić niezależnie od tego, jak było naprawdę. Ten fenomen sprytnie wykorzystały firmy samochodowe, oferując modele przypominające pojazdy sprzed wielu lat. Sprawa ma jeszcze drugie dno - realizowanie młodzieńczych marzeń. "Nostalgiczne" samochody skierowane są bowiem do osób, które będąc nastolatkami, mogły tylko pomarzyć o takim czy innym wozie i dopiero teraz stać ich na to, by kupić podobnie wyglądające auto.

Co ciekawe, nostalgia zrobiła furorę wśród pragmatycznych wydawałoby się Amerykanów. To oni ustawiali się w gigantycznych kolejkach po VW New Beetle (przyjętego stosunkowo chłodno w Europie) czy Chryslera PT Cruisera. Mieszkańcy Starego Kontynentu mają także swoje nostalgiczne wozy: Citroëna C3 (reminiscencja modelu 2CV z 1948 r.) czy nową wersję Mini (wspomnienie po modelu z 1959r.).

Wkrótce pojawią się następne: Ford 49er (nawiązanie do Forda z 1949 r.), Chrysler Cruiser California czy Chrysler 300N (odniesienie do Chryslera Ghia z 1951 r.).

Mało kto pamięta, że pierwsza fala nostalgicznie stylizowanych wozów pojawiła się już pod koniec lat 70. ubiegłego wieku, a jakże, w USA. Wystarczy tylko przypomnieć sobie Chryslera Cordobę z 1975r., ówczesny wielki przebój Chryslera, czy Cadillaca Seville, rocznik 1980.

8.
Idea: przesunięta do przodu kabina pasażerska

Początki: 1987 r.
Obecny poziom zainteresowania: wysoki
Tendencja: rosnąca

Studyjny Portofino przedstawiony w 1987 r. na targach we Frankfurcie budził zachwyt przemieszany z respektem. Nie tylko dlatego, że wszystkie cztery drzwi tego wozu unosiły się ku górze niczym owadzie skrzydła. Zbudowany w pracowni Chryslera samochód oparto na wydłużonym podwoziu sportowego Lamborghini Jalpa. Serce Portofino także pochodziło z magazynów włoskiej firmy należącej wówczas do Chryslera. Najważniejsze dla Amerykanów było jednak wysondowanie opinii o Cab Forward Design, czyli przesunięciu kabiny pasażerskiej do przodu. Miało to ułatwić wygospodarowanie obszerniejszej kabiny dla podróżnych.

Idea musiała przypaść do gustu amatorom aut, skoro w 1992 r. Chrysler przedstawił samochody serii LH (Chrysler Vision i Concorde, Dodge Interpid oraz Eagle Vision), pierwsze na świecie skonstruowane w oparciu o zasadę Cab Forward Design. Za nimi przyszły następne modele.

Dziś takie rozwiązanie staje się coraz powszechniejsze (np. Citroën C5) ma jednak jedną wadę natury estetycznej. Wysunięcie w przód kabiny pasażerskiej powoduje skrócenie maski, co narusza klasyczne proporcje samochodu i nie wygląda najszczęśliwiej.

9.
Idea: nadęte nadwozia

Początki: 1998 r.
Obecny poziom zainteresowania: wysoki
Tendencja: rosnąca

Lansując nowy model samochodu, trzeba się czymś pochwalić. Mocniejszym niż u poprzednika silnikiem, mniejszym zużyciem paliwa czy przestronniejszym wnętrzem. To ostatnie daje się osiągać na dwa sposoby - powiększając wymiary wozu lub przesuwając jego kabinę w przód. Ostatnio daje się zauważyć skokowy przyrost długości i wysokości w nowych modelach w porównaniu z ich poprzednikami.

Owszem, zawsze nowy model był nieco dłuższy od starszego, ale tylko nieco. Teraz samochody rosną wzdłuż i wszerz, jakby nie żywiły się benzyną, ale pochłaniały w kosmicznych ilościach drożdże. Przykład? Nowe VW Polo jest aż o ponad 15 cm dłuższe od poprzednika i niewiele pozostaje mu do o klasę wyższego Golfa. Różnica wynosi raptem 25 cm. Dochodzi do tego, że nowe kompaktowe wozy zaczynają doganiać długością swoich nadwozi starsze modele klasy średniej.

To nie wszystko. Samochody rosną także wzwyż. Postawmy np. nowego Peugeota 307 obok starszego modelu 306, a zobaczymy ogromną różnicę między obiema wersjami. Tak, jakby ktoś napompował nowszą odmianę. Przynajmniej takie są subiektywne wrażenia.

Pierwszym "napompowanym" samochodem był Ford Focus z 1998 r. Obecnie jego rozmiary nie budzą już takich sensacji. Jednak trzy lata temu, jadąc obok innych kompaktowych wozów przypominał, mistrza kulturystów. Teraz "napuszonych" nadwozi przybyło. Przykłady? Citroën C3 i C5, Fiat Stilo, Honda Civic, Toyota Yaris oraz Corolla. Fakt, wnętrze Peugeota 306 i 307 dzieli prawdziwa przepaść, podobnie jak nowych i starych wersji Civic oraz Corolli czy Yaris i jego poprzednika Starlet.

Liczba takich wozów będzie systematycznie rosnąć, bo chodzi przecież o jedno - wygodną podróż w przestronnym wnętrzu. Koniecznie większym, dużo większym od poprzednika.


Artykuł Krzysztof Wojciechowicz, 18 wrzesień 2002r., Gazeta.pl

Spodobał Ci się ten artykuł?
Podłącz się do naszego kanału RSS , a najnowsze wpisy trafią wprost do Twojego komputera.

piątek, 12 października 2007

>Jakie samochody są opiewane w piosenkach?

>

Trudno znaleźć słynny samochód, który nie przewinął się w jakiejś piosence. Począwszy od małego Fiata - "marzeń szczyt" zdaniem Perfectu - a skończywszy na Cadillacu, opiewanym nie tylko przez pogromców remiz i targowisk z duetu Modern Talking

Wystarczy nie więcej niż kwadrans oglądania MTV, żeby zobaczyć na ekranie kilka samochodów, i to wyłącznie samych ekskluzywnych marek. Dziś wielu reżyserów teledysków nie wyobraża sobie innego tła dla muzyków niż efektowny sportowy, terenowy albo luksusowy wóz. Znacznie więcej polotu zdają się mieć tekściarze (słowo poeci zdecydowanie kłóci się z poziomem słów większości hitów). W ich piosenkach pojazdy pojawiają się znacznie rzadziej niż płomienne uniesienia o charakterze sercowym. Nie oznacza to jednak, że należą do wyjątków.

Motomarzenia: mercedesy, cadillaki i Fiat 126p

Podobnie jak we wspomnianych już teledyskach w wielu piosenkach samochód uchodzi za symbol wysokiego statusu lub jest tylko niedoścignionym marzeniem. Chat Atkins, słynny amerykański gitarzysta country, w wykonywanej w duecie z Markiem Knopflerem piosence "There'll Be Some Changes Made" odgraża się, że odniesie sukces jak Prince i wkrótce zobaczymy go jadącego Mercedesem. Choć muzyka Janis Joplin ma niewiele wspólnego z dokonaniami Atkinsa, to marzenia wydają się mieć identyczne - tytuł jednej z jej piosenek to nic innego jak nazwa firmy znanej nie tylko w rodzimym Stuttgarcie. Joplin prosi w niej Boga o zesłanie jej Mercedesa-Benza. Powód: wszyscy jej znajomi jeżdżą Porsche, więc i ona musi mieć w garażu coś równie gustownego. Z drugiej strony trochę w tym wygórowanym życzeniu nieścisłości, ponieważ prywatnie Janis poruszała się właśnie Porsche.
Cadillac, amerykański symbol motoryzacyjnego luksusu, to osobny rozdział. Co tu daleko szukać - opiewa go Basia w piosence "Sweetest Illusion". Tytułowa "najsłodsza iluzja" to oczywiście miłość, która ma dar niezwykłej odmiany szarej codzienności. Skoro uliczny grajek śpiewa jak sam Nat King Cole, to nic dziwnego, że skromna żółta amerykańska taksówka przeistacza się w cadillaka.
Cadillac pojawia się też w piosence "Geronimo's Cadillac" osławionego duetu Modern Talking. Jednak największym propagatorem tej marki był Elvis Presley, który kupił ponad setkę cadillaców, jednego z nich podarowując ni stąd, ni zowąd zupełnie nieznanej osobie przypadkowo napotkanej na autobusowym przystanku.
Nie każdy jednak muzyk od razu musiał jeździć czymś kosztującym równowartość sporej działki wypoczynkowej. Bohater "Grey Cortina" formacji Tom Robinson Band ma bardzo sprecyzowane życzenia. Ford Cortina (brytyjski wóz klasy średniej), kolor szary, wyścigowe wyposażenie, dwie rury wydechowe, bujająca się na wszystkie strony świata antena i tapicerka typu "futrzany miś". Nie przeszkadza mu nawet, że zderzak zżera korozja - ważne, żeby łokietek mógł się opalać na bocznej szybie.
W polskiej piosence doby PRL-u samochodowe marzenia mają całkiem inny format. Bohater szlagieru "Nie płacz, Ewka" zespołu Perfect za szczyt marzeń uważa polskiego Fiata 126p. Mając świadomość konsumpcyjnej mizerii tamtych czasów, trudno mu się dziwić.

Podryw: Ford, Chevrolet i Porsche

Szykowny wóz nierzadko ułatwia nawiązywanie pierwszych kontaktów z płcią przeciwną, jak można wyczytać z tekstów niektórych piosenek. Znany z intensywnych kontaktów kobietami Prince w utworze "Alphabet St." buńczucznie zapowiada chęć zabrania pierwszej poznanej dziewczyny w podróż do Tennessee białym fordem thunderbirdem. Z 1966 bądź 1967 roku, bo wykonawca dokładnie nie pamięta rocznika wozu.
Rada dla zakochanych: z piosenki legendarnego zespołu T. Rex "Jeepster" wynika, że nie tylko pierścionek czy bukiet róż pąsowych może służyć do zasygnalizowania głębszego uczucia. Podmiot liryczny wyznaje ukochanej: "Dziewczyno, jestem Jeepsterem na twoją miłość", mając w pamięci jedyne w swoim rodzaju połączenie terenówki, kabrioleta i sportowego wozu datowanego na rok 1948. Później przyznaje, że gdyby był bardziej śmiały, to nazywałby ją Jaguarem.
Llyod Cole and the Commotions w songu o wiele mówiącym nie tylko dla fanów Citroena tytule "2CV" śpiewa o dziewczynie, która zachwyciła go nie tylko faktem posiadania wynajętego błękitnego pokoju czy noszenia sportowej konfekcji, ale i poruszaniem się tytułowym francuskim samochodem.
Czasem bywa jednak na odwrót - to płeć piękna uwo(d)zi brzydką. Tak jest w utworze szwajcarskiego duetu Yello "Of Course I'm Lying", gdzie pewna kłamczucha zabiera w podróż bohatera piosenki swoim "starym chevroletem".
Zresztą panowie z Yello mają szczególną smykałkę do samochodów. Komponują muzykę do filmów je reklamujących (patrz Seat Leon) czy nawet projektują linie nadwozia (studyjny Rinspeed Yello Talbo). A ich największy przebój - "The Race" - wiernie oddaje atmosferę torów wyścigowych. Najśmieszniejsze jednak, że ten często wykorzystywany przy okazji transmisji wyścigów Formuły 1 motyw pierwotnie został napisany jako podkład muzyczny pod występ znanego iluzjonisty. Ale żeby Dieter Meier, wokalista Yello, nawet słowem napomknął w tej piosence o jakieś konkretnej marce, to nie. Podobnie jak w "Speedway To Nazareth" Marka Knopflera, prywatnie fascynata sportów samochodowych. Piosenka opisuje trasę wyścigu przez całe Stany Zjednoczone. Żadna marka samochodu nie pojawia się jednak w tekście. Zresztą nie tylko Knopfler i Yello nie kryją się specjalnie ze swoją fascynacją samochodami.

Jadę, więc jestem

Gdyby nie to, że przedstawiciele Ferrari unikali jak ognia rozmów o ich stałych klientach, to na pewno opowiedzieliby o Chrisie Rea. Muzyk o równie charakterystycznym brzmieniu głosu co gitary uwielbia stare Ferrari, choć nie gardzi także współczesnymi, jak F355 GTS. Innym wielkim entuzjastą włoskiej marki jest Frank Beard z legendarnego ZZ Top. Nie dajcie się zwieść, że na okładce najsłynniejszej płyty "Eliminator" i w teledysku do megahitu "Gimme All Your Lovin'" występuje przedwojenny klasyk bliżej nieokreślonej marki. Beard prócz przypominającej wielki magazyn kolekcji miniaturek Ferrari i stolika zrobionego z maski legendarnego 250 GTO jest jedynym na świecie właścicielem wersji kabrio właśnie tego modelu z 1962 roku. Szybkie wozy uwielbia też Elton John - pierwszy egzemplarz najnowszego Bentleya Continental GT trafił właśnie do niego, wcześniej poruszał się supersportowym Jaguarem XJ220. Garaż lidera Jamoriquay Jaya Kay z kolei do złudzenia przypomina fabryczny parking Aston Martina, Ferrari i Lamborghini razem wziętych. Fascynacji szybkimi samochodami nie ukrywa słynny duet Tears For Fears, Nick Mason (lider Pink Floyd) i Neil Young. Dzięki okładce do płyty "Achtung Baby" zespołu U2 mnóstwo fanów dowiedziało się o istnieniu Trabanta. To właśnie dzięki nim wiele osób zarobiło bajońskie sumy, sprzedając supermodnego wtedy używanego Trabiego w cenie nowego VW Golfa II.

I tylko wirtuozi syntezatorów z Kraftwerk, twórcy motoryzacyjnego elektrohitu "Autobahn" (autostrada), nad samochody przedkładają rowery. Co jeden ślad, to nie dwa?


Krzysztof Wojciechowicz, 24 styczeń 2006r., Źródło: Wysokie Obroty


Spodobał Ci się ten artykuł?
Podłącz się do naszego kanału RSS , a najnowsze wpisy trafią wprost do Twojego komputera.