Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vademecum Investora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vademecum Investora. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2007

Artyści cenni jak złoto

Kupowanie dzieł sztuki to jeden z najprzyjemniejszych sposobów wydawania pieniędzy. Ale też dobry pomysł na ich pomnażanie, podobnie jak inwestowanie w złoto czy monety.

Inwestowanie w sztukę banki zachodnie polecają już od lat. Ten trend dociera też do Polski. W budowaniu kolekcji dotychczas pomagali pracownicy dużych domów aukcyjnych, takich jak Desa Unicum, Rempex czy Agra Art, teraz dołączyli do nich doradcy Noble Banku. Oznacza to, że istnieje zapotrzebowanie na tego typu doradztwo. Rośnie też liczba aukcji i osób je odwiedzających. W ubiegłym roku pod młotek poszło ponad 10 tys. dzieł, z czego aż jedną piątą sprzedano. Ceny zaczynały się od 50 zł, a kończyły na 700 tys. zł - tyle zapłacono w Desie Unicum za "Tabor myśliwski w podróży" Józefa Brandta. Tak duża rozpiętość cen powoduje, że właściwie każdy kolekcjoner może znaleźć coś dla siebie.

Malczewski z Chagallem
Za niewielkie pieniądze można zebrać kolekcje grafik, które są w Polsce wciąż bardzo tanie. Prace takich mistrzów, jak Jacek Malczewski, Józef Mehoffer, Alfons Karpiński, Leon Wyczółkowski czy Józef Pankiewicz, można kupić już od 1,3 tys. zł. Na polskich aukcjach pojawiają się również grafiki Gustava Klimta, Pabla Picassa, Marca Chagalla, Amadeo Modiglianiego czy Paula Gauguina. W ubiegłym roku na majowej aukcji w Rempeksie "Akt" Modiglianiego można było kupić za 2,8 tys. zł, a we wrześniu z taką samą ceną wystawiono grafikę "Guernica" Pabla Picassa.
W Agrze Art pojawił się "Dzban mleka" Marca Chagalla za 5 tys. zł i litografia jego autorstwa "XX wiek" za 10 tys. zł. Litografia barwna Gauguina "Area Rea" miała cenę wywoławczą 1,8 tys. zł, ale została wylicytowana na 3,5 tys. zł.
Budując kolekcję grafiki, trzeba pamiętać, że największą wartość mają prace sygnowane albo tzw. odbitki autorskie, najmniejszą zaś odbitki wykonane po śmierci autora. Wielu twórców specjalnie niszczy matryce, aby nie dopuścić do powielania ich dzieł po śmierci.
Kolekcjoner powinien też nauczyć się rozróżniania technik: monotypia, sucha igła i gipsoryt. Można z nich zrobić niewielką liczbę odbitek, dlatego są cenniejsze niż serigrafie, których nakład może być bardzo duży.
Polacy wciąż nie doceniają grafiki, tak jak nie cenią fotografii, która na aukcjach zachodnich bije rekordy powodzenia. Trudno też przewidzieć, kiedy moda na grafikę się rozpocznie. Jedno jest pewne: jeżeli tak się stanie, okazji cenowych już nie będzie. Na razie kochamy malarstwo, i to malarstwo olejne. Ostatecznie mogą być farby akrylowe lub tempery. Akwarele i wszystkie prace na papierze wciąż odstraszają swoją "ulotnością". Wyjątkiem jest dawna grafika, a zwłaszcza widoki miast oraz mapy cenionych wydawnictw: Homanna, Pufendorfa czy Dahleberga.

Konie, ułani i góry
Najlepiej sprzedaje się malarstwo XIX-wieczne oraz z przełomu XIX i XX wieku. Ubiegły rok zdecydowanie należał do Józefa Brandta, ale powróciła też moda na jeszcze niedawno wyśmiewane "kossaki" i malarzy naśladujących ich styl. Konie, sceny z polowań i ułańskie patrole znów są w cenie. A jest to nie bez znaczenia, jeżeli kupując obraz, liczymy się z możliwością jego sprzedaży. Zainteresowaniem cieszą się również pejzaże, ale tu uwaga - szybciej znajdzie się amator na widok gór niż na obraz marynistyczny.
Zawsze dobrą inwestycją będą też obrazy artystów o znanych nazwiskach: Maksymiliana Gierymskiego, Jacka Malczewskiego, Józefa Pankiewicza, Józefa Mehoffera czy Leona Wyczółkowskiego.
"Pejzaż z lasem" Pankiewicza w 2004 r. został sprzedany w Rempeksie za 60 tys. zł, a gdy pojawił się na rynku w ubiegłym roku, kolekcjoner musiał zapłacić za niego już o 30 tys. więcej. "Rodzinka" Tadeusza Makowskiego podrożała w ciągu czterech lat o 40 proc., a "Widok z Ukrainy" Wyczółkowskiego o 50 proc. "Wnętrze pracowni" Olgi Boznańskiej przyniosło 90 proc. zysku w dwa lata. Znakomitą inwestycją był też "Rekonesans huzarów austriackich" Maksymiliana Gierymskiego, który trzykrotnie pojawiał się na aukcjach: w ciągu pierwszych trzech lat dał 90-procentową stopę zwrotu, a po siedmiu latach był droższy o 172 proc. W tym przypadku na inwestycję jednak potrzeba było aż 110 tys. zł, bo tyle wynosiła pierwsza cena, z którą obraz trafił na rynek.

Polski klasyk współczesny
Dobre perspektywy inwestycyjne ma malarstwo współczesne, a zwłaszcza polska sztuka powojenna z lat 50. i 60., która już wówczas była bardzo ceniona poza granicami, a znacznie tańsza w porównaniu ze sztuką zachodnią.Artyści w czasach PRL-u dużo podróżowali, wyjeżdżali na stypendia, skąd na ogół nie przywozili swoich dzieł. Zostawały w zagranicznych galeriach i u przyjaciół. Te prace znacznie taniej można kupić za granicą niż w Polsce. Ale trzeba się spieszyć. Kilkanaście lat temu obrazy Alfreda Wierusz-Kowalskiego można było kupić za 3 tys. dolarów, a dzisiaj jego nazwisko jest tak znane w USA, że ceny urosły do dziesiątek, a czasami nawet setek tysięcy dolarów. W ubiegłym roku w Londynie kolekcjoner zapłacił za "Wierusza" 120 tys. funtów.
Do klasyki współczesności zaliczani są tacy twórcy jak: Jerzy Nowosielski, Wojciech Fangor, Teresa Pągowska, Jan Tarasin czy Stefan Gierowski. Wartość ich prac cały czas rośnie. W 2004 roku obraz bez tytułu Wojciecha Fangora kosztował 37 tys. zł, półtora roku później za wykonany w podobnej technice i z tego samego okresu trzeba było zapłacić 60 tys. zł. Okazuje się, że nie było to dużo, bo dziś ceny prac tego artysty dochodzą do 130 tys. zł.
Słusznym zainteresowaniem cieszą się również prace Tadeusza Dominika i Ryszarda Winiarskiego, które na razie nie szokują cenami - można je kupić za 6-17 tys. zł.
Warto też spojrzeć na nazwiska nieco zapomniane, takie jak: Jan Rubczak, Zbigniew Gostwicki, Kajetan Sosnowski, Marian Bogusz czy Tadeusz Kalinowski. Jednak Sosnowski dał się już zauważyć w ubiegłym roku i ceny jego prac gwałtownie skoczyły w górę. "Erotyk" tego artysty sprzedał się za 38 tys. zł.
Piotr Lengiewicz, prezes Domu Aukcyjnego Rempex, podkreśla potencjał inwestycyjny młodszych artystów, urodzonych w latach 60. i 70. - Zostali już zauważeni na rynku, a ceny ich prac jeszcze nie szokują - przekonuje. Dodaje też, że ze sztuki współczesnej najchętniej kupowane są formy naśladujące kubizm.
Inwestując w sztukę, należy pamiętać, że nie powinno się kupować wyłącznie dzieł jednego artysty. Za taką kolekcję trudno uzyskać dobrą cenę. Rynkiem sztuki rządzą chwilowe mody, więc nigdy nie wiadomo, czy prace malarza, na które postawiliśmy, nadal będą pożądane.
Warto kupować obrazy malarzy, których prace często wystawiane są na aukcjach. - Artysta pojawiający się rzadko zawsze sprzedaje się gorzej - zauważa Zofia Szukalska, prezes Agra Art.

Złoto znów w cenie
Sztuka jest inwestycją długoterminową, a w dodatku mało płynną. Nigdy nie wiadomo, czy na dzieło, które będziemy chcieli spieniężyć, szybko znajdzie się amator. Osoby, które chcą mieć pewność, że odzyskają swoje oszczędności, gdy nieoczekiwanie pojawi się taka potrzeba, powinny część portfela inwestycyjnego przeznaczyć na złoto. Kruszec ten drożeje niemal z miesiąca na miesiąc (nie licząc załamania w maju ubiegłego roku). Pod koniec grudnia za uncję płacono na światowych giełdach 635,7 dol., w Polsce - 1850,20 zł.
Miesiąc później było to już odpowiednio 650,50 dol. i 1937 zł. Amerykańscy analitycy twierdzą, że bariera 700 dolarów za uncję zostanie przekroczona w ciągu najbliższych kilku tygodni.
Kurs złota jest niezależny od notowań papierów wartościowych czy nieruchomości, a ujemnie skorelowany z kursem dolara. Tak więc złoto drożeje, gdy ameryk
ańska waluta traci na wartości. Na jego notowania mają również wpływ wojny i napięcia społeczne.
W kruszec najlepiej jest więc inwestować, gdy na świecie panuje względny spokój, a kurs jest w miarę stabilny. Zyski pojawiają się wówczas, gdy pojawia się napięcie polityczne lub szaleje inflacja.
Dopóki więc Irak nie zaskoczy niczym nowym, sytuacja powinna sprzyjać notowaniom. Zwłaszcza że w USA nasila się obawa wzrostu inflacji i rosną ceny ropy naftowej. Hossę na rynku napędzają też banki centralne, które, jak wynika z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, zwiększają swoje rezerwy złota. Tylko w ciągu ostatnich 3 miesięcy o 41 ton.

Złoto powinno się kupować nie w postaci biżuterii, ale sztabek lub monet lokacyjnych nazywanych "bullionowymi", ponieważ w razie potrzeby biżuterię trudniej sprzedać. Pierwszą na świecie monetą lokacyjną były południowoafrykańskie Krugerrandy, które zresztą do dziś cieszą się wielkim powodzeniem wśród inwestorów.
W Polsce są to emitowane przez NBP złote monety uncjowe przedstawiające orła bielika. Wartość rynkowa monet lokacyjnych zależy przede wszystkim od zawartości złota, a więc i cen kruszcu na światowych rynkach. Moneta stuzłotowa (1/4 uncji) kosztuje 781,97 zł.
W złoto można inwestować również pośrednio poprzez fundusze inwestycyjne. W ofercie funduszy zagranicznych jest MLIIF World Gold Fund, a rodzimych TFI - Investor Gold zarządzany przez Investors TFI. Fundusz ten lokuje aktywa w spółkach, które działają w branży poszukiwania, rozwoju i eksploatacji złóż metali szlachetnych. Tylko w styczniu tego roku zarobił ponad 29 proc. Niestety, nie wszyscy mają możliwość wykorzystania tych wzrostów. Investor Gold jest bowiem funduszem zamkniętym, w który można zainwestować tylko w trakcie subskrypcji. Trzeba też mieć co najmniej dziesięć tysięcy złotych.

Cenny bilon
Zarabiać można też, i to całkiem nieźle, na monetach kolekcjonerskich. Ich wartość z biegiem lat jest znacznie większa niż wartość zawartego w nich kruszcu. Narodowy Bank Polski emituje złote monety o nominałach 100 zł i 200 zł, srebrne o nominałach 10 zł i 20 zł oraz monety niekruszcowe o nominale 2 zł. Wielkość emisji monet kolekcjonerskich wynosi od tysiąca sztuk w przypadku monet złotych do kilku milionów sztuk w przypadku monet niekruszcowych. Najdroższe i najszybciej zyskujące na wartości są monety złote i srebrne emitowane w kilku seriach: Poczet królów i książąt polskich, Polscy podróżnicy i badacze, Zwierzęta świata, Zabytki kultury materialnej w Polsce, Sport i polscy malarze XIX i XX wieku.
Wyemitowane w 2005 r. 100 zł z Augustem II Mocny dziś jest droższe o 133 proc., a 100 zł upamiętniające Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2006 r. zdrożało już o 50 proc. Monety kolekcjonerskie drożeją więc szybciej od monet lokacyjnych. Można je zamówić w portalu e-Numizmatyka.pl, oferującym również roczne abonamenty na monety, czyli gwarancję ich zakupu. Zysk z abonamentu za 2006 rok wyniósł 36 proc.
Zarabiać na złocie można również dzięki akcjom kopalni złota lub kontraktom terminowym. W ich kupnie pomogą pracownicy biur maklerskich, np. BRE Banku czy BOŚ. W pierwszym można zainwestować w akcje dowolnej spółki na świecie, natomiast drugi ma w ofercie kontrakty terminowe na złoto i srebro. Należy jednak pamiętać, że akcje, a zwłaszcza kontrakty terminowe, są obarczone dużym ryzykiem. Inwestycje alternatywne powinny być więc jedynie uzupełnieniem portfela inwestycyjnego, a nie jego podstawą.

Źródło: Newsweek, dodatek "VADEMECUM INWESTORA" Numer 09/07 autor: Ewa Bednarz



Z galopu w cwał

Mieszkania wciąż będą dobrą lokatą kapitału. Natomiast hitem tego roku mają szansę stać się domy, grunty i certyfikaty funduszy inwestujących w nieruchomości.

Trudno być prorokiem we własnym kraju, zwłaszcza na rynku nieruchomości. Po zeszłorocznym szaleństwie cen mieszkań, w ostatnim kwartale graniczącym wręcz z histerią, grono ekspertów prognozujących rozwój sytuacji na tym rynku wyraźnie się podzieliło. Jedni nadal kipią entuzjazmem, zapowiadając dalszy galop cen w całym kraju. Obstawiają wręcz, że ceny mieszkań w Warszawie i Krakowie zbliżą się w ciągu
3-4 lat do poziomu Dublina, dziś jeszcze 3-krotnie droższego. Inni, porażeni tempem i skalą zwyżek, mocno spuścili z tonu. Pojawiły się głosy o rychłym spadku popytu na mieszkania ze strony średniozamożnych Polaków, nie wspominając o skromniej zarabiających, oraz o widocznym już "suficie cenowym", zwłaszcza w wielkich aglomeracjach.

Kontrasty cenowe
Styczniowe statystyki z rynku mieszkaniowego dają argumenty zarówno optymistom, jak i sceptykom. W jego wtórnym segmencie, czyli mieszkaniach z drugiej ręki,
widać niewielkie ochłodzenie koniunktury. W aglomeracji warszawskiej i łódzkiej ceny używanych lokali wzrosły od grudnia w granicach 1 proc., a więc praktycznie wyhamowały. Na stołecznym Mokotowie czy Saskiej Kępie nawet spadły o kilka procent. Marcin Drogomirecki z portalu Oferty.net widzi w tym zapowiedź końca niedawnego szaleństwa cenowego. Tyle że w wielkich miastach zachodniej Polski - Poznaniu i Wrocławiu - ceny mieszkań na wtórnym rynku podniosły się w tym samym czasie
o 2-3 proc., a w Trójmieście i Krakowie nawet o 5-6 proc. A zatem rosną w najlepsze.
Podobne kontrasty widać na rynku pierwotnym. Obserwowana w Warszawie i Łodzi stabilizacja cen używanych lokali nie przeszkadza w windowaniu cen nowych mieszkań, które w styczniu podniosły się o 6-7 proc. We Wrocławiu i Poznaniu skok cen sięgnął 8-10 proc., ale już w Trójmieście dynamika spadła do 2 proc., a w stolicy Małopolski odnotowano symboliczny spadek. Czy faktycznie jednak, jak twierdzi Maciej Dymkowski, dyrektor serwisu nieruchomości Tabelaofert.pl, jest to pierwszy sygnał, że ceny nowych mieszkań w Krakowie zbliżyły się do górnej granicy?
Zobaczymy. Na razie ta styczniowa huśtawka trendów w największych aglomeracjach świadczy raczej o okresowej konsolidacji rynku po zeszłorocznej eksplozji cen. Polskie nieruchomości, jak wynika z raportu brytyjskiego RICS (Royal Institution of Chartered Surveyors), odnotowały przecież w 2006 roku 33-proc. wzrost (wobec 28 proc. rok wcześniej), najwyższy nie tylko w nowo przyjętych do UE krajach, ale wręcz w całej Europie. A jest to przecież średnia dynamika, nie do końca oddająca to, co się działo w poszczególnych miastach. Skok cen nowych mieszkań w Warszawie szacuje się na ponad 50 proc., w Krakowie - 70 proc. Z kolei liderami zwyżek na wtórnym rynku były Wrocław i Gdańsk (75-80 proc.), gdzie gwałtowne przyspieszenie wzrostu cen odnotowano w ostatnim kwartale.

Popyt popchnie ceny
Teraz obserwujemy wyrównywanie dysproporcji między miastami, a także relacji między cenami nowych i używanych mieszkań w poszczególnych aglomeracjach. Te ostatnie są np. w Warszawie o ok. 10 proc. droższe od nowych i dlatego właśnie w styczniu ich ceny wyhamowały. Tymczasem we Wrocławiu czy Łodzi znacznie więcej kosztują lokale z oferty deweloperów. Warto też zauważyć, że średnie ceny używanych mieszkań w Krakowie pokonały w połowie ubiegłego roku pułap 6 tys. zł za mkw. i były przez pewien czas wyższe niż w Warszawie, która dopiero na finiszu 2006 r. odzyskała tu prymat. Obecnie mają więc miejsce korekty cenowe, a równocześnie deweloperzy testują możliwości finansowe klientów, szykując na wiosnę nowe oferty mieszkań. Rozchwianie rynku może się utrzymać nawet do końca I kwartału.
Co do reszty roku trudno jednak mieć złudzenia. Mieszkania muszą drożeć z prostego powodu - dysproporcji między rosnącym popytem a skromną podażą. Liczba oddawanych do użytku mieszkań od paru lat pozostaje na zbliżonym poziomie,
100-120 tys. rocznie, z czego 80 proc. przypada na siedem największych aglomeracji. W zeszłym roku nic się tu nie zmieniło, na koniec III kwartału nowo oddanych mieszkań było wręcz o 3 proc. mniej niż rok wcześniej. Obecny deficyt mieszkań szacuje się na ponad 900 tys. i na razie nic nie wskazuje, by miał się on szybko zmniejszyć. Hamulcem jest tu głównie brak planów zagospodarowania przestrzennego w miastach, co blokuje nowe inwestycje. Dobitnym tego przykładem jest Warszawa, gdzie plany takie obejmują ok. 16 proc. powierzchni miasta, a w niektórych dzielnicach (Wola, Ochota czy Praga Północ) są bliskie zera. Sytuację tę wykorzystuje wielu deweloperów, nie śpiesząc się z finalizowaniem inwestycji budowlanych na zakupionych gruntach, z przekonaniem, że czas i rosnące ceny mieszkań grają na ich korzyść.

Rosjanie już inwestują
Popyt na mieszkania, w jednej trzeciej kupowane w celach inwestycyjnych, z myślą o zyskownej sprzedaży a nie o zamieszkaniu, wzrasta zaś lawinowo. I to nie tyle z racji rosnącej zamożności większości Polaków, której sprzyja 5-proc. tempo wzrostu gospodarczego, wyraźny wzrost płac i systematycznie malejące bezrobocie. Nakręcają go głównie kredyty hipoteczne, które na fali coraz bardziej liberalnej postawy banków stały się dostępne dla osób o dochodach znacznie niższych od średniej krajowej. W zeszłym roku prawie 150 tys. Polaków zaciągnęło kredyty na kwotę 41 mld zł, w tym roku analitycy i bankowcy spodziewają się prawie 60 mld zł. Są jeszcze inwestorzy zagraniczni. Już nie tylko Brytyjczycy, Hiszpanie, Izraelczycy czy Amerykanie, kupujący dziesiątkami apartamenty w Warszawie, Krakowie, Zakopanem i Gdańsku. W tym roku spodziewany jest szerszy napływ kapitału z Rosji, który w ostatnich latach inwestował w nieruchomości w Pradze i Budapeszcie, a teraz zaczyna penetrować polskie aglomeracje.

Poznań ma rezerwy
Kwestią nie jest sam wzrost cen mieszkań, ale jego dynamika. Analitycy nie przewidują powtórki zeszłorocznego szaleństwa, zwłaszcza w największych miastach. Większość z nich prognozuje w skali roku średnio 10-15-proc. zwyżkę, przy czym może ona być nieco większa (ok. 20 proc.) w przypadku mieszkań na rynku wtórnym, których ceny w wielu miastach pozostały sporo w tyle za nowymi lokalami.
Ponadprzeciętny skok cen powinien też być obserwowany tam, gdzie ceny pozostają wciąż atrakcyjne na tle porównywalnych miast. Mowa zwłaszcza o Poznaniu, gdzie średnia cena nowych i używanych mieszkań (nieco poniżej 5 tys. zł za mkw.) jest o 20-30 proc. niższa niż we Wrocławiu czy Gdańsku. Spore rezerwy wzrostu cen ma też Łódź, gdzie ceny na wtórnym rynku (poniżej 4 tys. zł) są prawie dwa razy niższe niż np. w Krakowie. Wśród dużych miast nieruchomości powinny najszybciej drożeć w Rzeszowie, Katowicach, Toruniu i Olsztynie. W perspektywie 3-4 lat może tam dojść do podwojenia cen mieszkań.
Najtrudniej ocenić skalę wzrostu cen w Warszawie i Krakowie. Wielu ekspertów przewiduje tu okresową barierę popytu, zwłaszcza ze strony inwestorów krajowych, przy średnim poziomie cen rzędu 9,5-10 tys. zł za mkw. Oznaczałoby to, że w stolicy sufit jest już blisko i do końca roku ceny nie powinny wzrosnąć więcej niż ok. 10 proc. Tyle że w centralnych dzielnicach obu miast ceny mniejszych mieszkań już przekroczyły pułap 10 tys. zł.
Bariery wzrostu cen nie widzą też na razie deweloperzy, o czym świadczą choćby bite w końcu 2006 roku w Warszawie rekordy cen w przetargach na działki pod budownictwo mieszkaniowe.
31 tys. zł za metr zapłacił irlandzki inwestor za grunt przy ulicy Hożej, a prawie 14 tys. zł za metr
terenu po dawnej zajezdni autobusowej przy Inflanckiej wyłożyła hiszpańska firma Lubasa. Ile będą kosztować zbudowane tu mieszkania? Dużo lub bardzo dużo.

Domy na start
Odkryciem tego roku i następnych lat powinny być domy, najbardziej niedoszacowany dotąd segment rynku nieruchomości. Ich ceny rosły dotąd nieporównanie wolniej niż mieszkań i pozostały daleko w tyle. Zeszłoroczny wzrost analitycy szacują średnio na ok. 5 proc., a w wyjątkowo dobrych lokalizacjach w pobliżu wielkich miast na 10-15 proc. Wyraźny wzrost popytu, zwłaszcza na domy o stosunkowo małej powierzchni (100-150 mkw.), notuje się dopiero od kilku miesięcy. Nic dziwnego. Zakup takiego domu, położonego w miejscu dobrze skomunikowanym z centrum miasta, stał się alternatywą dla zakupu mieszkania o przynajmniej dwukrotnie mniejszej powierzchni. Cena metra zadbanego domu w podwarszawskiej Zielonce czy Łomiankach zwykle nie przekracza 4 tys. zł (podobnie w okolicach Krakowa), podczas gdy zakup mieszkania w centralnych dzielnicach obu miast poniżej 7,5-8 tys. za mkw. graniczy z cudem. Dlatego w tym roku to właśnie domy mogą przejąć od mieszkań pałeczkę lidera rynku. Zwłaszcza te na zielonych obrzeżach aglomeracji, z rozwiniętą infrastrukturą lokalną (szkoły, sklepy) i z łatwym dojazdem do miasta. Niektórzy eksperci widzą wręcz w niedużych, funkcjonalnych domach nowy trend inwestycyjny, który osiągnie swe apogeum w latach 2008-2009.

Ziemia się opłaca
Naturalnym echem wzrostu zainteresowania domami poza miastem będzie rosnący popyt na grunty w takich okolicach. Inwestorów nie powinien zniechęcać fakt, że w najbardziej modnych miejscowościach pod Warszawą, Krakowem czy Wrocławiem ceny metra kwadratowego działki budowlanej podwoiły się w ciągu dwóch ostatnich lat i nierzadko sięgają 400-500 zł. To górny pułap. Poświęcając trochę czasu, można jednak wyszukać niewiele mniej atrakcyjne działki, w okolicach nieodkrytych jeszcze przez deweloperów, których ceny od lat praktycznie nie drgnęły. Zdarza się, że można je kupić poniżej 100 zł za metr, z przeznaczeniem pod budowę domu lub z myślą o odsprzedaży za kilka lat. To może być jedna z najbardziej opłacalnych inwestycji, z perspektywą 100-200 proc. zysku.

Hossa lokalowa
Okazji inwestycyjnych warto też poszukać na rynku lokali użytkowych. Mowa zwłaszcza o lokalach stanowiących parter kamienic czy budynków na nowych osiedlach z przeznaczeniem na usługi. Tych pierwszych pozbywają się najczęściej gminy na zasadach przetargu. Ceny wywoławcze bywają dość niskie, np. 1-1,5 tys. za mkw. w Łodzi, 2-2,5 tys. w Gdańsku czy 3-4 tys. zł w Warszawie. Jeśli grono uczestników przetargu nie jest duże, pojawiają się okazje do ich zakupu w niewiele wyższej cenie. Popyt na takie lokale stopniowo rośnie, więc w perspektywie 2-3 lat inwestycja może dać pokaźny, przynajmniej 50-proc. zysk.
Szansy na zarobek można też szukać na nowych osiedlach. W projektach ich budowy lokale na parterze często miały mieć charakter usługowy, ale w praktyce chętnych na ich zakup z takim przeznaczeniem może brakować. Zwłaszcza jeśli są to małe osiedla oddalone od centrum miasta, niegwarantujące odpowiedniej liczby klientów. Bywa, że po bezowocnych próbach znalezienia nabywców deweloperzy godzą się na zmianę ich przeznaczenia i wtedy niedrogo kupiony lokal można zaadaptować na mieszkanie.
Z funduszem w nieruchomość
Ale jest jeszcze jeden, mało przetarty szlak do inwestowania na rynku nieruchomości. Kto wie, czy nie najkorzystniejszy dla tych, którzy dysponując większymi nadwyżkami finansowymi, nie chcą się angażować w kupowanie mieszkań
czy domów lub poszukiwanie atrakcyjnych terenów pod budowę. To fundusze inwestycyjne wyspecjalizowane w inwestowaniu w nieruchomości, których wysyp przyniósł zwłaszcza ubiegły rok.
Zakup certyfikatu inwestycyjnego takich funduszy, notowanych na warszawskiej giełdzie, daje możliwość zaangażowania pieniędzy w obiekty niedostępne dla indywidualnego, nawet bardzo zamożnego inwestora. Zajrzyjmy do portfela funduszu rynku nieruchomości Arka BZ WBK, (działa od 2004 roku; jeden z weteranów na tym rynku). Są tam m.in. udziały w warszawskim biurowcu Trinity Park, olsztyńskim obiekcie handlowo-rozrywkowym Alfa Centrum, a także powstających osiedlach mieszkaniowych Salwator City w Krakowie i stołecznym Sawa Apartments. Taka dywersyfikacja portfela oznacza korzystanie z boomu w różnych segmentach rynku nieruchomości, a jednocześnie zmniejsza ryzyko strat przy pogorszeniu koniunktury w jednym z nich.
W ostatnich miesiącach 2006 roku certyfikaty funduszy nieruchomości były jednym z hitów inwestycyjnych naszego rynku. Zyskały na wartości po
10-12 proc. w ciągu IV kwartału, bijąc na głowę nawet najlepsze fundusze akcji, korzystające na giełdowej hossie. Do inwestycji w ich certyfikaty przekonały się już fundusze emerytalne, do których płyną co miesiąc składki ponad 11 milionów Polaków. Coraz większe ich grono też stawia na speców od inwestycji w nieruchomości. Nie liczą na szybkie, spektakularne zyski, ale na ponadprzeciętny dochód z takiej inwestycji w perspektywie wielu lat. O tym, że jest to realne, przekonuje przykład Hiszpanii, gdzie boom na rynku nieruchomości trwa już 15 lat.

Źródło: Newsweek, dodatek "VADEMECUM INWESTORA" Numer 09/07 autor: Miłosz Węglewski




Ryzyko z zyskiem

Zapowiada się kolejny niezły rok na giełdzie i rekordowa liczba debiutów. Są jednak branże, które w tym roku lepiej omijać.

Warszawski parkiet przeżywa kolejny rok hossy, a nic tak nie działa na wyobraźnię jak pnące się w górę indeksy. W porównaniu z profitami, jakie można osiągnąć dzięki giełdzie, inne inwestycje to ubodzy krewni. Nawet fundusze akcyjne nie dają takich dochodów jak parkiet. Kto potrafi ryzykować i nie boi się strat, będzie czuł się na tym rynku jak ryba w wodzie.

Kolejny rok hossy
Dobra passa giełdy trwa od 2003 r. Od tej pory parkiet co chwila bije historyczne rekordy. W zeszłym roku indeks największych spółek WIG20 wzrósł o 25 proc. Nie był to wcale najlepszy wynik, bo rok wcześniej indeks skoczył aż o 35 proc. W tym marszu wskaźników bierze udział praktycznie większość giełdowych firm - od małych po średnie i duże. W zeszłym roku właśnie te najmniejsze spółki wzrosły najbardziej, bo średnio aż o 132 proc.
Początek tego roku również zapowiada się dobrze. W styczniu WIG20 wzrósł o 6 proc., a WIG o ponad 8 proc. W lutym przyszło osłabienie i przez kolejne kilka sesji indeksy spadały. Eksperci twierdzą jednak, że to tylko chwilowa przerwa w drodze ku kolejnym szczytom. Takie przesilenia zdarzały się już kilka razy w ciągu pięcioletniej hossy.
Prawdopodobnie będzie tak i tym razem, bo nic nie wskazuje na to, by giełda miała osłabnąć na dłużej. Inwestorów nie zniechęciła nawet awaria na parkiecie, która 13 lutego spowodowała wstrzymanie notowań na trzy godziny. Przed usterką indeksy ostro szły do góry i tak samo było po usunięciu komputerowych zakłóceń.
Analitycy spodziewają się, że w tym roku indeksy nadal będą rosły, choć nie w tak imponującym tempie jak rok czy dwa lata wcześniej. Według prognoz WIG20 powinien skoczyć o 15-20 proc. To niezły wynik.

Mocny region
Przyczyną świetnej kondycji giełdy jest dobra koniunktura naszej gospodarki. Ale nie tylko, bo dla Zachodu, który inwestuje na warszawskim parkiecie grube miliony, Polska jest częścią rynków wschodzących. Fundusze zagraniczne, które kupują akcje naszych spółek, wkładają te kraje do jednego worka - obok państw Azji i Ameryki Łacińskiej mieści się tam również Europa Środkowo-Wschodnia.
Rynki wschodzące mają dobrą markę. Według opublikowanego pod koniec zeszłego roku raportu firmy doradczej
Xelion w 2006 r. najwięcej można było zarobić na inwestycjach w spółki z Europy Środkowo-Wschodniej. Klasyfikujący je indeks EM Eastern Europe zwiększył się o 36 proc. Tak dobry wynik to zasługa gospodarek naszego regionu Europy, w których PKB zwiększył się średnio o 6-7 proc. Niekwestionowanym liderem, głównie za sprawą drogich surowców, był rynek moskiewski, ale drugie miejsce przypadło parkietowi warszawskiemu, który wyraźnie wyprzedził budapeszteński oraz praski. Warszawa zawdzięcza mocną pozycję w regionie wysokiej kapitalizacji (150 mld euro) i niezłym obrotom.

Niepewność w USA
Wygląda na to, że również w tym roku kapitał zachodni nie będzie nas omijał. Warszawa, Praga i Budapeszt to dla inwestorów z Nowego Jorku jeden rynek. Jeżeli kupują akcje i waluty u Węgrów czy Czechów, zazwyczaj nie zapominają też o Polsce.
Chyba że tendencja się odwróci.
Xelion przypomina, że zła sytuacja na rynkach akcji w krajach rozwijających się determinowana jest przez nastroje inwestorów zagranicznych. Największe obawy budzi obecnie klimat gospodarczy w USA, gdzie widać objawy spowolnienia. Wielkie korporacje systematycznie obniżają prognozy dynamiki wzrostu zysków. Jeśli
gospodarka amerykańska wpadnie w tarapaty, może to spowodować ucieczkę inwestorów z rynków wschodzących i w konsekwencji silne spadki indeksów, a może nawet lawinową wyprzedaż akcji. Analitycy zwracają też uwagę na ryzyko wzrostu stóp procentowych w USA, Unii Europejskiej i Japonii, co może doprowadzić do przeceny surowców. To z pewnością miałoby fatalne skutki dla spółek naftowych z rynków wschodzących - jednych z filarów giełd w naszym regionie Europy.

Spółki do wzięcia
Polska wie już sporo na ten temat, bo nasze firmy paliwowe nie mogą zaliczyć zeszłego roku do udanych. Ich notowania na parkiecie spadły. Nic dziwnego, skoro marże rafinerii są coraz niższe, a zima łagodna, co nie sprzyja wzrostowi cen paliw. Analitycy twierdzą jednak, że akcje koncernów naftowych - PKN Orlen, Grupy Lotos i notowanego na warszawskiej giełdzie węgierskiego MOL - warto kupować. Mimo że paliwa na światowych rynkach tanieją, zmniejsza się różnica między cenami ropy
Brent (wydobywanej m.in. z dna Morza Północnego) a rosyjską Ural wykorzystywaną przez polskie rafinerie. Jeszcze rok temu Ural był tańszy od Brent o około 6 dolarów na baryłce, a teraz tylko o około 3 dol. Analitycy uważają, iż akcje firm paliwowych potaniały tak bardzo, że ich ceny są teraz atrakcyjne.
Niewiele branż na giełdzie ma takie perspektywy. Po latach hossy akcje wielu firm mocno poszły w górę i teraz ich cena jest zbyt wysoka. Dlatego punkty zbierają obecnie te spółki, których walory w ostatnim czasie mocno straciły. Z grupy firm WIG20 analitycy polecają inwestycje w
Bioton. Biura maklerskie zgodnie twierdzą, że notowania tej biotechnologicznej spółki powinny rosnąć. Ponieważ jej akcje mocno spadły - prawie 40 proc. w ciągu roku - przyszła pora na odrabianie strat. Niezłe opinie zbierają też spółki informatyczne, które mają coraz większe wzięcie. Całkiem możliwe, że to one staną się tegorocznym hitem sezonu.

Debiutanci górą
Nic jednak nie jest w stanie przebić zainteresowania, jakim cieszą się debiutanci giełdowi. Od roku oferty pierwotne to maszynki do robienia pieniędzy. Całkiem możliwe, że tak będzie i w tym roku. Dotychczas wszyscy tegoroczni oferenci sprzedawali akcje podczas pierwszej sesji o wiele drożej, niż wynosiła cena emisyjna. Walory pierwszego debiutanta - spółki dziewiarskiej Mewa - kosztowały na zamknięciu pierwszych notowań 3,98 zł (przy cenie emisyjnej 2,40 zł). Sporo można było zarobić również na akcjach
Warimpeksu, który pojawił się na warszawskim parkiecie 20 stycznia: cena emisyjna austriackiej spółki budującej hotele wynosiła 42,83 zł, a na zamknięciu pierwszej sesji kurs wyniósł 56 zł.
Zapowiada się powtórka z ubiegłego roku, kiedy większość debiutów przynosiła wielkie zyski. Inwestorzy kupowali akcje firm wchodzących na rynek bez wahania, nie zaglądając nawet do prospektów emisyjnych. Nie zabrakło rekordów, które przejdą do historii giełdy. Wydarzeniem roku był debiut spółki doradczej
Inwest Consulting. Kupując akcje w ofercie publicznej i sprzedając je pod koniec sesji, można było zarobić blisko 500 proc.

Coraz więcej firm
Nic dziwnego, że inwestorzy ustawiali się po akcje debiutantów w długich kolejkach. Takie zyski, jak w przypadku
Inwest Consulting, należały do wyjątków, jednak kilkadziesiąt procent można było zarob
ić - zwłaszcza w drugiej połowie roku - bez większego problemu. Na przykład debiut firmy
eCard, zajmującej się bezgotówkowymi rozliczeniami transakcji finansowych, przyniósł prawie 90-proc. stopę zwrotu.
Zainteresowanie akcjami jest tak duże, że na giełdę wchodzi coraz więcej firm. Pod tym względem polska giełda znajduje się w czołówce rynków europejskich. Według danych Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych (
FESE) giełda w Warszawie jest liderem w tej kategorii w Europie Środkowej i jedną z wiodących giełd na Starym Kontynencie. W 2006 r. w Warszawie zadebiutowało w sumie 38 spółek, w tym sześć zagranicznych, podczas gdy na giełdach w Wiedniu, Pradze, Bratysławie, Budapeszcie i Lublanie łącznie zaledwie 18. Biorąc pod uwagę wszystkie europejskie parkiety - członków FESE, czyli w sumie 21 giełd - Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zajęła w zeszłym roku piąte miejsce pod względem nowych emisji.

Nowy rynek
Ale to dopiero początek szturmu firm na warszawski parkiet. Według prognoz analityków na naszym rynku pojawi się w tym roku aż około 60 nowych spółek. Optymiści twierdzą, że może być ich nawet 90. Biura maklerskie będą miały więc pełne ręce roboty, a inwestorom nie zabraknie okazji do zarobku. Wyjątkowa okazja może pojawić się zwłaszcza pod koniec roku, kiedy w Polsce zacznie działać Nowy Rynek, czyli platforma dla małych i średnich przedsiębiorstw. Nowy Rynek - prowadzony przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie - będzie miał status rynku nieregulowanego. Na razie nie wiadomo, ile firm będzie na nim notowanych.
Będzie im łatwiej wejść na parkiet chociażby z tego powodu, że giełda ma zamiar zastosować wobec nich bardziej liberalne wymogi niż w przypadku rynku regulowanego. Dla inwestorów oznacza to, że transakcje na Nowym Rynku będą bardziej ryzykowne, a wahania cen częstsze i bardziej dynamiczne. Ale i okazja do zysków może okazać się dużo większa.

Czego się wystrzegać
Ryzyko to nieodłączny element inwestycji na giełdzie. Analitycy radzą pamiętać o nim szczególnie teraz, gdy po latach hossy ceny wielu firm są wyjątkowo wysokie. Niektóre branże okres świetności mają już za sobą.
Tak może być z notowaniami wielu firm budowlanych. W ubiegłym roku były one hitem.
Subindeks sektorowy WIG Budownictwo wzrósł aż o prawie 150 proc. Trudno przypuszczać, by podobny wynik powtórzył się w tym roku, choć cała branża ma nadal przed sobą świetne perspektywy. Jednak wyniki finansowe sektora to jedno, a notowania na giełdzie to drugie. Wygląda na to, że znakomitą przyszłość budownictwa inwestorzy uwzględnili już w cenach akcji, które po prostu są drogie.
Z podobnych względów lepiej omijać banki. Ceny ich akcji są już wysokie. Analitycy radzą też podchodzić z dużą ostrożnością do inwestycji w sektor spożywczy, który w ubiegłym roku przynosił spore zyski. To branża z punktu widzenia inwestycji defensywna, trudno więc spodziewać się po niej powtórzenia dobrych wyników. Eksperci nie wróżą też świetnej przyszłości spółkom telekomunikacyjnym. Konkurencja na rynku jest coraz ostrzejsza, więc o dobre wyniki finansowe będzie trudno. Firmy telekomunikacyjne wziął pod lupę Urząd Komunikacji Elektronicznej, który na spółki niegrające fair nakłada surowe kary, i trudno przypuszczać, by w tej sytuacji akcje firm z tej branży miały mocno wzrosnąć.

Giełda nie jest jednak do końca przewidywalna. Rekomendacje biur i domów maklerskich - choć opierają się na racjonalnych przesłankach - mogą się nie sprawdzać. Zwłaszcza w takiej sytuacji jak teraz, kiedy inwestorzy po latach hossy spodziewają się przesilenia. To naturalne oczekiwanie na zmianę powoduje, że reakcje rynku stają się bardziej nerwowe niż zazwyczaj.

Źródło: Newsweek, dodatek "VADEMECUM INWESTORA" Numer 09/07 autor: Tadeusz Błażowiecki



Budujemy portfel

Jaki fundusz wybrać? Zastanów się, jak długo chcesz oszczędzać, na jaki cel i z jakim ryzykiem. Eksperci "Newsweeka" podpowiadają, jak dobrze zainwestować 10, 25 i 50 tys. zł

Fundusze inwestycyjne w ciągu ostatnich kilku lat robią furorę - Polacy zgromadzili w nich już 106,9 mld zł. Oferta jest coraz bogatsza, nieustannie pojawiają się nowe propozycje, a wybierać możemy nie tylko spośród polskich, ale i zagranicznych funduszy.
Decydując się na ten sposób oszczędzania, trzeba pamiętać, że tak jak w każdym rodzaju inwestycji bezpieczeństwo portfela zapewnia odpowiednia jego dywersyfikacja. Warto więc włączyć do niego nie jeden, ale kilka różnych funduszy. Zanim jednak przystąpimy do ich wyboru, musimy się zastanowić, na jakie ryzyko jesteśmy w stanie przystać. Jeżeli na żadne, możemy zainwestować jedynie w fundusze rynku pieniężnego lub papierów dłużnych. Te ostatnie będą jednak w pełni bezpieczne tylko dla osób, które myślą o zarabianiu dłużej niż rok i nie będą zmuszone do nagłego wycofania pieniędzy. Większość funduszy papierów dłużnych inwestuje bowiem w obligacje długoterminowe, które są narażone na okresowe wahania. Sprzedaż ich w momencie załamania może narazić nas na straty.
Należy się też zastanowić, na jakie straty możemy sobie pozwolić, jeżeli koniunktura się odmieni. Nieoczekiwane wahania rynku, nawet bardzo głębokie, możliwe są zawsze i trzeba się z nimi liczyć. Duże znaczenie ma również czas oszczędzania. Powinniśmy podjąć przemyślaną decyzję, czy chcemy inwestować przez trzy lata, pięć, czy dziesięć (żeby się nie okazało, że będziemy zmuszeni do wypłaty pieniędzy w niekorzystnym terminie), a może jeszcze dłużej, np. z myślą o emeryturze. Im dłużej, tym bezpieczniej, bo okresowe spadki zostaną zniwelowane. Można też podjąć większe ryzyko. I pamiętajmy - nie warto panikować i umarzać jednostek pod wpływem impulsu i chwilowej dekoniunktury. Wahania na rynku są nieuniknione i warto zachować zimną krew.

Budowa portfela zależy również od tego, czy chcemy inwestować globalnie, wykorzystując nowe możliwości, jakie daje cała gama funduszy zagranicznych, czy lokalnie - skupiając się tylko na ofercie rodzimych Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych. Wprawdzie na razie najwyższe zyski przynoszą fundusze inwestujące na polskim rynku, ale warto pamiętać, że hossa trwa już piąty rok. Zainwestowanie części pieniędzy na perspektywicznych rynkach zagranicznych może ograniczyć ryzyko i zabezpieczyć portfel na wypadek załamania na warszawskim parkiecie. Znaczenie ma też kwota, jaką jesteśmy w stanie przeznaczyć na inwestycje. Im większa, tym bardziej zdywersyfikowany może być nasz portfel, a zatem zyski bezpieczniejsze.
Aby pomóc w najlepszym wyborze funduszy, "Newsweek" wspólnie z ekspertami firm Open Finance, Expander i Xelion Doradcy Finansowi przygotował propozycje kilku portfeli
inwestycyjnych.
Pokazujemy, jak można czerpać profity, mając do zainwestowania: 10, 25
i 50 tys. zł.
Proponowane portfele uzależniliśmy od profilu inwestora: od bardzo zachowawczego poprzez dopuszczający pewien stopień ryzyka aż do bardzo agresywnego.

Portfele dla ostrożnych

Jacek Maliszewski, Xelion Doradcy Finansowi

10 tys. zł: AIG Rynku Pieniężnego - 10 tys. zł

25 tys. zł: AIG Rynku Pieniężnego - 17,5 tys. zł,
AIG Obligacji - 7,5 tys. zł

50 tys. zł (przy założeniu, że 20 proc. kwoty jest w walutach obcych):
AIG Rynku Pieniężnego - 25 tys. zł,
AIG Obligacji - 15 tys. zł,
Franklin Templeton Global Total Return EUR - 10 tys. zł

Maciej Kossowski, Expander

10 tys. zł: DWS Rynku Pieniężnego - 5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 5 tys. zł

25 tys. zł: DWS Rynku Pieniężnego - 10 tys. zł,
AIG Pieniężny - 10 tys. zł,
Opera Avista.pl - 5 tys. zł

50 tys. zł: DWS Rynku Pieniężnego - 20 tys. zł,
AIG Pieniężny - 20 tys. zł,
Opera Avista.pl - 10 tys. zł

Bartosz Dietrich, kierownik departamentu produktów inwestycyjnych, Open Finance
10, 25, 50 tys. zł - propozycja dla każdego inwestora bez względu na kwotę:
Arka BZ WBK Ochrony Kapitału - odpowiednio 4 tys. zł, 10 tys. zł i 20 tys. zł,
UniKorona Pieniężny - odpowiednio 4 tys. zł, 10 tys. zł i 20 tys. zł,
Idea Stabilnego Wzrostu (GTFI/Idea TFI) - odpowiednio 1 tys. zł, 2,5 tys. zł,5 tys. zł,
Noble Fund Mieszany - odpowiednio 1 tys. zł, 2,5 tys. zł, 5 tys. zł

Piotr Szulec, menedżer produktów inwestycyjnych, Xelion Doradcy Finansowi
50 tys. zł (doradca uważa, że mniejsze kwoty nie pozwalają na dywersyfikację portfela):
ING Subfundusz Selektywny - 5 tys. zł,
ING Subfundusz Pieniężny - 45 tys. zł

Bardzo ostrożni powinni wybierać fundusze pieniężne, ochrony kapitału lub papierów dłużnych. - Fundusze pieniężne są odpowiednikiem lokaty, z tym że pieniądze można wycofać w dowolnym momencie bez utraty zysku. Zysk jest również porównywalny do zysku z lokat i w 2007 roku wyniesie ok. 4-4,5 proc. - twierdzi Jacek Maliszewski, doradca finansowy w firmie Xelion. Radzi też, by przy niewielkich kwotach inwestycji ulokować wszystkie pieniądze w funduszu AIG Rynku Pieniężnego, który należy do ścisłej czołówki w swojej dziedzinie. - W ostatnim roku wypracował 3,8 proc. zysku, podczas gdy inne fundusze z tej grupy miały średnio 3,15 proc. - tłumaczy Maliszewski. Drugim preferowanym przez doradców funduszem jest DWS Rynku Pieniężnego, który osiąga dobre, stabilne wyniki zarówno z perspektywy 12 miesięcy, jak i od początku roku.
Przy wyższych kwotach można rozszerzyć portfel o fundusze obligacji. - Taka konstrukcja pozwoli uzyskać trochę lepszą stopę zwrotu niż z najlepszych lokat bankowych, zwłaszcza jeśli w niedalekiej przyszłości spodziewamy się obniżek stóp procentowych - mówi doradca finansowy Xeliona.
Zwolennicy zagranicznych inwestycji mogą też dołączyć do portfela fundusz Franklin Templeton Global Total Return EUR, inwestujący w obligacje emitowane przez rządy, instytucje rządowe oraz korporacje. A że może to robić na całym świecie, jego zyski są dość stabilne, a potencjał większy w porównaniu z tradycyjnymi funduszami obligacji.
Ostrożnie inwestując, trudno jest jednak pomnożyć pieniądze w widoczny sposób. Jeżeli koniunktura na rynku akcji jest wyjątkowo sprzyjająca, warto pokusić się o wybór funduszu lokującego niewielką część portfela, np. 20-30 proc. na giełdzie. W miarę wzrostu poziomu akceptowanego ryzyka i wydłużenia czasu inwestycji można wybierać między funduszami mieszanymi. Podział portfela między fundusz ochrony kapitału, pieniężny i mieszany doradza Bartosz Dietrich, kierownik departamentu produktów inwestycyjnych w Open Finance. Za optymalne uważa przeznaczenie po 40 proc. portfela na jednostki Arki BZ WBK Ochrony Kapitału i UniKorony Pieniężnego, natomiast po 10 proc. na Ideę Stabilnego Wzrostu (dawniej GTFI) i Noble Fund Mieszany. Te fundusze osiągają najlepsze wyniki w swojej grupie. Uzupełnienie portfela o dwa fundusze mieszane pozwoli poprawić wynik całej inwestycji.
Ostrożni inwestorzy mogą też wykorzystać zalety funduszy parasolowych, które umożliwiają, w zależności od koniunktury, zamianę jednostek jednego subfunduszu na drugi, bez płacenia podatku od zysków kapitałowych. Piotr Szulec z firmy Xelion Doradcy Finansowi stawia tu na fundusze ING TFI. Za bezpieczne uważa zainwestowanie 90 proc. w ING Subfundusz Pieniężny, a pozostałe środki w ING Su
bfundusz Selektywny. Jego zdaniem wykorzystanie konstrukcji parasola pozwala na ewentualne bezpodatkowe zwiększenie ryzyka, a zatem też i potencjalnych zysków w przypadku kolejnej fali wzrostowej akcji. - Natomiast część bezpieczna chroni nas przed inflacją, zabezpiecza kapitał i pozwala na aktywne reagowanie na zmiany zachodzące na rynku - mówi Piotr Szulec.

Portfele dla akceptujących niewielki poziom ryzyka


Jacek Maliszewski, doradca finansowy, Xelion
10 tys. zł: UniAktywna Alokacja - 10 tys. zł
25 tys. zł: AIG Subfundusz Stabilnego Wzrostu - 12,5 tys. zł,
UniAktywna Alokacja - 12,5 tys. zł,

50 tys. zł (przy założeniu, że 20 proc. kwoty jest w walucie): UniAktywna Alokacja - 25 tys. zł, UniKorona Obligacje - 15 tys. zł,
Franklin Templeton Global Real Estate EUR - 10 tys. zł

Maciej Kossowski, doradca finansowy, Expander

10 tys. zł: Portfel funduszy polskich DWS Rynku Pieniężnego - 4,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 4,5 tys. zł,
Opera Universa.pl - 1 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych DWS Rynku Pieniężnego - 8 tys. zł,
Opera Universa.pl - 1 tys. zł,
Robeco Global Value Equities - 1 tys. zł

25 tys. zł: Portfel funduszy polskich DWS Rynku Pieniężnego - 10 tys. zł,
AIG Pieniężny - 10 tys. zł,
Opera Avista.pl - 5 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych
DWS Rynku Pieniężnego - 10 tys. zł,
AIG Pieniężny - 10 tys. zł,
Fortis L Equity World - 5 tys. zł

50 tys. zł: Portfel funduszy polskich DWS Rynku Pieniężnego - 21 tys. zł,
AIG Pieniężny - 21 tys. zł,
Superfund Trend - 5 tys. zł,
Opera Universa.pl - 3 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych DWS Rynku Pieniężnego - 20 tys. zł,
AIG Pieniężny - 20 tys. zł,
Templeton Global Fund - 10 tys. zł

Bartosz Dietrich, kierownik departamentu produktów inwestycyjnych, Open Finance
- 10, 25, 50 tys. zł - propozycja dla każdego inwestora bez względu na kwotę:
Portfel w oparciu o fundusze polskie Arka BZ WBK Ochrony Kapitału - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
UniKorona Pieniężny - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
UniGlobal FIO - odpowiednio 2 tys. zł, 5 tys. zł, 10 tys. zł,
Idea Stabilnego Wzrostu FIO (GTFI/ Idea TFI) - odpowiednio 3 tys. zł, 7,5 tys. zł, 15 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych Arka BZ WBK Ochrony Kapitału - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
UniKorona Pieniężny - 3 tys. zł, 7,5 tys. zł, 15 tys. zł,
Franklin Templeton Euroland Fund - 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
Noble Fund Mieszany - 2 tys. zł, 5 tys. zł, 10 tys. zł

Piotr Szulec, menedżer produktów inwestycyjnych, Xelion Doradcy Finansowi

50 tys. zł (przy mniejszych kwotach nie jest konieczna dywersyfikacja):
ING Subfundusz Selektywny - 15 tys. zł,
ING Subfundusz Pieniężny - 35 tys. zł proc.

W miarę wzrostu poziomu akceptowanego ryzyka i wydłużenia czasu inwestycji można wybierać między funduszami stabilnego wzrostu, zrównoważonymi i akcyjnymi. Według Bartosza Dietricha z Open Finance osoby, które dopuszczają niewielkie ryzyko inwestycji, mogą uzupełnić portfel funduszami: UniGlobal, który lokuje aktywa na globalnych rynkach akcji, oraz Franklin Templeton Euroland Fund, skoncentrowanym głównie na inwestycjach w strefie euro.
Fundusze Union Investment doceniają też inni doradcy. Jacek Maliszewski stawia na UniAktywną Alokację, która umożliwia wykorzystanie potencjału rynków akcji w przypadku hossy, ale równocześnie zapewnia ochronę kapitału w przypadku bessy. Trudno przewidzieć, jaką stopę zwrotu w skali roku może przynieść, ale zaletą funduszu jest zarządzanie w sposób, który umożliwia w okresie rozliczeniowym (tzn. 31 grudnia - 31 grudnia kolejnego roku) zachowanie co najmniej 95 proc. wartości wpłaconego kapitału. Ryzykuje się więc tylko 5 proc. oszczędności, równocześnie zyskując możliwość partycypowania we wzrostach na rynku akcji.
Przy 25 tys. zł połowę kwoty specjalista radzi przeznaczyć na zakup jednostek funduszu stabilnego wzrostu. Podzielenie portfela pomiędzy różnych zarządzających i różne strategie zarządzania zmniejsza ryzyko i równocześnie zwiększa potencjalny zwrot z inwestycji.
Większy portfel powinien charakteryzować się podobnym poziomem ryzyka, ale dysponując walutą zagraniczną, możemy zdywersyfikować go dodatkowo, dodając fundusz Franklin Templeton Global Real Estate EUR, który inwestuje na rynkach nieruchomości prawie na całym świecie. Umożliwi to w pewnym stopniu uniezależnienie się od koniunktury na rynkach akcji i obligacji.

Portfele dla zdecydowanych zaryzykować część oszczędności


Jacek Maliszewski, doradca finansowy, Xelion
10 tys. zł: AIG Zrównoważony Nowa Europa - 5 tys. zł,
ING Subfundusz Zrównoważony Budownictwa i Nieruchomości - 5 tys. zł

25 tys. zł: ING Subfundusz Stabilnego Wzrostu - 15 tys. zł,
ING Subfundusz Selektywny - 5 tys. zł,
Skarbiec Akcji - 5 tys. zł

50 tys. zł (przy założeniu, że 20 proc. kwoty jest w walucie):
ING Subfundusz Stabilnego Wzrostu - 25 tys. zł,
ING Subfundusz Zrównoważony Budownictwa i Nieruchomości - 15 tys. zł,
Franklin Templeton BRIC (euro) - 10 tys. zł

Maciej Kossowski, doradca finansowy, Expander
10 tys. zł: Portfel w oparciu o fundusze polskie DWS Rynku Pieniężnego - 2,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 2,5 tys. zł,
Opera Universa.pl - 3 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości - 2 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych DWS Rynku Pieniężnego - 2,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 2,5 tys. zł,
Robeco Emerging Markets Equities - 2,5 tys. zł,
Opera Universa.pl - 2,5 tys. zł

25 tys. zł: Portfel w oparciu o fundusze polskie DWS Rynku Pieniężnego - 7,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 7,5 tys. zł,
Superfund Trend - 5 tys. zł,
Opera Universa.pl - 2,5 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości - 2,5 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych DWS Rynku Pieniężnego - 7,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 7,5 tys. zł,
Fortis Best Selection Asia - 5 tys. zł,
Raiffeisen Global Akcje - 5 tys. zł

50 tys. zł: Portfel w oparciu o fundusze polskie DWS Rynku Pieniężnego - 12,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 12,5 tys. zł,
Opera Universa.pl - 10 tys. zł,
Superfund Trend - 10 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości - 5 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych DWS Rynku Pieniężnego - 12,5 tys. zł,
AIG Pieniężny - 12,5 tys. zł,
Blackrock Merrill Lynch Global Allocation - 20 tys. zł,
Superfund Trend - 5 tys. zł

Bartosz Dietrich, kierownik departamentu produktów inwestycyjnych, Open Finance
- 10, 25, 50 tys. zł (propozycja dla każdego inwestora bez względu na kwotę):
Portfel w oparciu o fundusze polskie Arka BZ WBK Ochrony Kapitału - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
BPH Aktywnego Zarządzania - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
AIG Akcji - odpowiednio 2 tys. zł, 5 tys. zł, 10 tys. zł,
Noble Fund Mieszany - odpowiednio 3 tys. zł, 7,5 tys. zł, 15 tys.
zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych Arka BZ WBK Ochrony Kapitału - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
JP Morgan European Equity - odpowiednio 2 tys. zł, 5 tys. zł, 10 tys. zł,
Credit Suisse Multifund Equity Europe - odpowiednio 3 tys. zł, 7,5 tys. zł, 15 tys. zł,
Noble Fund Mieszany - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł

Piotr Szulec, menedżer produktów inwestycyjnych, Xelion Doradcy Finansowi

50 tys. zł (przy mniejszych kwotach nie jest konieczna dywersyfikacja):
MLIIF Asian Dragon (dol.) - 15 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości
- 7,5 tys. zł,
ING Subfundusz Selektywny - 7,5 tys. zł,
ING Subfundusz Pieniężny - 20 tys. zł

Im większe ryzyko inwestycji akceptujemy, tym większą część portfela możemy przeznaczyć na fundusze akcyjne. Bartosz Dietrich portfel bezpieczny uzupełnia funduszem AIG Akcji. Jego zaletą jest stosunkowo mała kapitalizacja, a co za tym idzie, zdolność do zarabiania na niepłynnych spółkach. Pewną część polskich akcji w portfelach utrzymują też obecnie fundusze aktywnie zarządzane, takie jak: BPH FIO Aktywnego Zarządzania i Noble Fund Mieszany, które dzięki dobrej selekcji osiągały w ostatnim czasie spore stopy zwrotu.
Portfel zagraniczny to głównie akcje europejskie z przewagą funduszu Credit
Suisse Multifund Equity Europe, który działa na zasadzie funduszu funduszy - jest to więc instrument wykorzystujący najlepsze fundusze z regionu.
Zdecydowanym zaryzykować część portfela i posiadającym wolne 50 tys. zł Piotr Szulec radzi zmniejszyć inwestycje w ING Subfundusz Selektywny i ING Subfundusz Pieniężny na rzecz ING Subfunduszu Budownictwa i Nieruchomości i funduszu MLIIF Asian Dragon (dol.). Wykorzystanie trendu wzrostowego na rynkach azjatyckich to szansa na osiągnięcie lepszego zwrotu z części akcyjnej. Natomiast dzięki krajowym funduszom akcyjnym skorzystamy z hossy w budownictwie. - W tym przypadku część bezpieczna to raczej dodatkowe środki do wykorzystania w sprzyjających warunkach - mówi Piotr Szulec.

Inwestorzy z tej grupy posiadający oszczędności w walutach powinni też zwrócić uwagę na Franklin Templeton BRIC (euro). Dzięki temu będą korzystać również z rozwoju najbardziej dynamicznych gospodarek takich państw jak Brazylia, Rosja, Indie i Chiny.

Portfele dla liczących na maksymalny zysk

Jacek Maliszewski, doradca finansowy, Xelion
10 tys. zł: ING Subfundusz Selektywny - 4 tys. zł,
ING Subfundusz Zrównoważony Budownictwa i Nieruchomości - 2 tys. zł,
Skarbiec Akcji - 4 tys. zł

25 tys. zł: Arka Akcji - 10 tys. zł,
ING Selektywny - 7,5 tys. zł,
Superfund Trend Plus Powiązany - 7,5 tys. zł

50 tys. zł (przy założeniu, że 20 proc. kwoty jest w walucie):
ING Selektywny - 25 tys. zł,
Superfund Trend Plus Powiązany - 15 tys. zł,
Franklin Templeton Asian Growth (euro) - 10 tys. zł

Maciej Kossowski, doradca finansowy, Expander
10 tys. zł: Portfel w oparciu o fundusze polskie Opera Universa.pl - 2 tys. zł,
Arka BZ WBK Akcji - 2 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości - 4 tys. zł,
ING Subfundusz Selektywny Plus - 2 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych Opera Universa.pl - 2 tys. zł,
ING Subf. Budownictwa i Nieruchomości - 2 tys. zł,
Robeco Emerging Markets Equities - 2 tys. zł,
Legg Mason Asia Pacific (ex Japan) Fund - 2 tys. zł,
Legg Mason Europe (ex UK) Equity Fund - 2 tys. zł

25 tys. zł: Portfel w oparciu o fundusze polskie
Superfund Trend - 5 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa I Nieruchomości - 5 tys. zł,
Arka Akcji - 5 tys. zł,
ING Subfundusz Selektywny Plus - 5 tys. zł,
UniKorona Akcje - 5 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych Superfund Trend - 5 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości - 5 tys. zł,
Raiffeisen Energia Akcje - 5 tys. zł,
Fortis Best Selection Asia - 5 tys. zł,
Robeco Emerging Markets Equities - 5 tys. zł

50 tys. zł: Portfel w oparciu o fundusze polskie Superfund Trend - 10 tys. zł,
ING Subfundusz Budownictwa i Nieruchomości - 10 tys. zł,
Opera Universa.pl - 5 tys. zł,
Arka Akcji - 5 tys. zł,
UniKorona Akcje - 5 tys. zł, Legg Mason Akcji - 5 tys. zł,
AIG Akcji - 5 tys. zł,
Skarbiec Akcja - 5 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych Superfund Trend - 10 tys. zł,
Blackrock Merrill Lynch New Energy Fund - 20 tys. zł,
Templeton Asian Growth Fund - 10 tys. zł,
Templeton BRIC Fund - 10 tys. zł

Bartosz Dietrich, kierownik departamentu produktów inwestycyjnych, Open Finance
- 10, 25, 50 tys. zł (propozycja dla każdego inwestora bez względu na kwotę):
Portfel w oparciu o fundusze polskie Arka BZ WBK Akcji - odpowiednio 2 tys. zł, 6,25 tys. zł, 10 tys. zł,
BPH Aktywnego Zarządzania - odpowiednio 3 tys. zł. 7,5 tys. zł, 15 tys. zł,
AIG Akcji - odpowiednio 2 tys. zł, 6,25 tys. zł, 10 tys. zł,
Noble Fund Akcji - odpowiednio 3 tys. zł. 7,5 tys. zł, 15 tys. zł

Portfel z uzupełnieniem funduszy zagranicznych Arka BZ WBK Akcji - odpowiednio 2,5 tys. zł, 6,25 tys. zł, 12,5 tys. zł,
JP Morgan European Equity - odpowiednio 2 tys. zł, 5 tys. zł, 10 tys. zł,
Skandia Pacific Fund - 3,5 tys. zł, 8,75 tys. zł, 17,5 tys. zł,
Noble Fund Akcji - odpowiednio 2 tys. zł, 5 tys. zł, 10 tys. zł

Piotr Szulec, menedżer produktów inwestycyjnych, Xelion Doradcy Finansowi
50 tys. zł (przy mniejszych kwotach nie jest konieczna dywersyfikacja):
MLIIF Word Gold (dol.) - 15 tys. zł
MLIIF New Energy (dol.) - 15 tys. zł
Templeton BRIC (euro) - 20 tys. zł

Ryzykowne inwestycje podlegają największym wahaniom, dlatego z założenia powinny być długoterminowe, co najmniej 5-letnie. W tej grupie na uwagę zasługują fundusz hedgingowy Superfund Trend, który inwestuje w kontrakty terminowe na różnych rynkach towarowych, walutowych, giełdowych i w związku z tym może przynosić zyski niezależnie od panującej koniunktury gospodarczej.
Powodzeniem cieszą się też fundusze inwestujące na rynkach azjatyckich, takie jak Franklin Templeton Asian Growth, Legg Mason Asia Pacific (ex Japan) Fund, Fortis Best Selection Asia czy Fundusz Skandia Pacific.

Można też wybrać fundusze bardzo specjalistyczne, inwestujące w złoto czy nową energię: MLIIF Word Gold i MLIIF New Energy.
- Budując taki portfel, zakładamy, że w najbliższych latach inwestorzy będą mogli osiągnąć wyższą stopę zwrotu operując na rynkach międzynarodowych niż działając na rynku krajowym. Rynek złota, energii odnawialnej czy ogólnie pojęte rynki wschodzące: Brazylii, Rosji, Indii czy Chin powinny w tym pomóc - uważa Piotr Szulec.
Z gamy polskich funduszy akcyjnych doradcy najbardziej cenią fundusze: BPH Aktywnego Zarządzania i AIG Akcji, a więc o relatywnie małej kapitalizacji, które zdaniem Bartosza Dietricha powinny osiągać najlepsze rezultaty na niepewnym obecnie rynku.

Z dużych funduszy wyróżniane są: Arka BZ WBK Akcji, który w większości inwestuje w spółki duże, mające większy potencjał wzrostu w przypadku napływu na nasz rynek kapitału zagranicznego, Skarbiec Akcji i UniKorona Akcji.

Eksperci zachęcają do inwestowania. Nawet niewielki zysk z inwestycji w fundusze będzie wyższy od odsetek na bankowej lokacie. Potrzebne są jedynie pieniądze, cierpliwość i łut szczęścia, które zwykle sprzyja rozważnym inwestorom.


Źródło: Newsweek, dodatek "VADEMECUM INWESTORA" Numer 09/07 autor: Ewa Bednarz