Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Private Banking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Private Banking. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2007

Tylko dla bogaczy

Masz wolny milion? Być może któryś z banków ma dla ciebie specjalną ofertę

Prywatna bankowość to w polskich finansach dziedzina wciąż nowa i dopiero budująca swoją ofertę. Mimo to bogatsi klienci mogą liczyć na przyzwoitą obsługę krajowych banków. Większość z nich tworząc produkty dla zamożnych, korzysta z doświadczeń swoich zagranicznych udziałowców. Nie dajmy się jednak zwieść stosunkowo niskimi progami wejścia do tego elitarnego klubu, deklarowanymi przez niektóre banki. Zarabiając 10 tys. zł miesięcznie lub mając 200-300 tys. zł oszczędności, możemy liczyć co najwyżej na bardziej kolorową kartę kredytową i wyższe opłaty. Prawdziwy private banking to oferta dla osób, które mają co najmniej 1-2 mln złotych do zainwestowania. Życzymy więc miłej lektury i udanych inwestycji lub wysokich wygranych w grach losowych.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Rafał Pisera


Dobry bank na zawołanie

Różnica między bankowością prywatną a osobistą polega nie tylko na wyższych wymaganiach finansowych wobec klienta. Kluczowe znaczenie ma w niej rodzaj kapitału.

Jakie skojarzenia wywołuje u państwa private banking? Przytulne wnętrze, miła obsługa, miękki fotel, kawa i czekoladki, zaproszenia na eleganckie spotkania towarzyskie? - To wszystko tylko otoczka - mówi Roy Hutchinson, dyrektor departamentu marketingu bankowości indywidualnej w Banku Millennium. - Istota tej usługi polega na skutecznym zarządzaniu majątkiem.
Private banking w naszym kraju jest usługą młodą, ma zaledwie kilkanaście lat. To indywidualne zarządzanie pieniędzmi najbogatszych klientów, którym bank oferuje wyszukane produkty inwestycyjne i opiekę osobistych doradców. W Polsce tacy klienci pojawili się stosunkowo niedawno i wciąż jest ich niewielu. Dlatego i temu rynkowi daleko do dojrzałości, jaką osiągnął w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych. Najbardziej wymagający Polacy, z najzasobniejszymi portfelami, szukając wsparcia w inwestowaniu, wciąż korzystają z usług banków w Luksemburgu lub Szwajcarii.
Jednak polski private banking szybko się rozwija. Według szacunków z tej usługi korzysta dziś w Polsce ok. 80 tys. klientów, którzy powierzyli bankom ponad 100 mld zł. W ciągu najbliższych lat liczba ta będzie powiększać się o kilkanaście tysięcy rocznie. Rośnie zamożność Polaków, a razem z nią świadomość, jak wiele można zyskać, właściwie dobierając instrumenty inwestycyjne. Nasze instytucje finansowe szybko uczą się odpowiadać na te potrzeby. Wykorzystują przy tym doświadczenie swych zagranicznych udziałowców i za ich pośrednictwem świadczą coraz bardziej zaawansowane usługi.

Już dziś najbogatsi mogą z pomocą rodzimych banków inwestować w sztukę, wino, kamienie szlachetne, nieruchomości czy zagraniczne fundusze. Z czasem będą mieli do dyspozycji jeszcze bardziej wyrafinowane usługi: doradztwo prawne, podatkowe, a nawet zarządzanie nieruchomościami. Jedyne ograniczenie to wyobraźnia i wielkość majątku klienta.
By zacząć korzystać z dobrodziejstw private bankingu w Polsce, trzeba mieć przynajmniej 200 tys. zł oszczędności - to minimum wymagane przez Raiffeisen Bank, DZ Bank i Noble Bank. Inne banki ustawiają poprzeczkę wyżej: Kredyt Bank na poziomie 250 tys. zł, BPH - 300 tys., ING Bank Śląski - 400 tys., a BRE Bank i PKO BP - 500 tys. zł. Niekiedy by dostać się do grona prestiżowych klientów, wystarczy zagwarantować odpowiednio wysokie wpływy na rachunek. W PKO BP potrzeba 10 tys. zł, w BPH - 15 tys., a w Deutsche Banku 20 tys. zł.
Co gwarantuje nam to minimum nazywane bankowością osobistą? Niewiele. Bank zaoferuje swoje typowe produkty. By korzystać z prywatnej bankowości na pełną skalę, trzeba być zamożniejszym. - Dopiero wolne środki na poziomie co najmniej 2 mln zł umożliwiają inwestycje w różnorodne klasy aktywów, a przez to dostęp do najciekawszych produktów i rynków finansowych - tłumaczy Daniel Ścigała, dyrektor Departamentu Private Banking BRE Banku. - Im wyższa kwota aktywów, tym bardziej zindywidualizowaną ofertę jesteśmy w stanie przygotować dla klienta.
Różnica między bankowością prywatną a osobistą polega jednak nie tylko na wymaganiach finansowych wobec klienta czy zestawie produktów oferowanych przez bank. Kluczowe znaczenie ma w niej rodzaj kontaktu z klientem. Bank oferuje mu nie tylko możliwość dobrych inwestycji, ale i szczególny rodzaj relacji opartej na zaufaniu. Dlatego w private bankingu szczególną rolę odgrywają osobiści doradcy.
To starannie wyselekcjonowani specjaliści w dziedzinie finansów. Najczęściej osoby z wykształceniem ekonomicznym, finansowym lub prawniczym i doświadczeniem w pracy w instytucjach finansowych. Dysponują szeroką i wciąż wzbogacaną wiedzą o tym, co dzieje się na rynku, tak by w każdej chwili sprostać wymaganiom klienta. Każdy z nich ma ich zazwyczaj pod opieką kilkudziesięciu, np. w BRE Private Banking około 100, a w Millennium - 60-70.
Na początku doradca wraz z klientem opracowuje indywidualną, długoterminową strategię zarządzania jego pieniędzmi. Potem monitoruje inwestycje, negocjuje ich warunki, ale też proponuje nowe usługi i produkty, które pojawiają się na rynku. Zawsze musi wyjaśnić, na czym opiera swoje rekomendacje. - Jeśli proponuje włączenie do portfela np. funduszu małych i średnich spółek polskiej giełdy, powinien podać argumenty rynkowe czy makroekonomiczne przemawiające za tym, że z dużym prawdopodobieństwem wartość jednostek uczestnictwa tego funduszu będzie rosła szybciej niż innych - tłumaczy Agnieszka Chorążewska-Wojtiuk, dyrektor segmentu prestige w Banku Millennium.

Doradca musi nie tylko dopasować inwestycje z oferty własnego banku do oczekiwań klienta. Powinien też umieć ocenić te, które zainteresowały go w innych. - Bardzo często klient nie uświadamia sobie, że rzeczywiste profity drastycznie odbiegają od efektownych ofert, którymi zasypany jest rynek - mówi Małgorzata Anczewska, dyrektor departamentu private banking Raiffeisen Bank Polska. Doradca powinien być przewodnikiem po całej inwestycyjnej ofercie i podsuwać klientowi takie rozwiązania, by dać mu pewność, że powierzył swoje pieniądze w dobre ręce.
To budowanie zaufania jest ważną częścią strategii prywatnej bankowości. - Klient powinien mieć poczucie, że doradca jest do jego dyspozycji praktycznie przez całą dobę - wyjaśnia Daniel Ścigała z BRE Banku. Dlatego większość doradców spotyka się z klientami także poza bankiem i poza standardowymi godzinami pracy, nawet w weekendy. Żeby wkupić się w łaski, bank (w osobie doradcy) jest gotów na wiele. Do legendy przeszły już historie, jak to jeden z nich wynajdywał dziecku klienta szkołę w Stanach Zjednoczonych, inny pośredniczył w błyskawicznym sprowadzeniu leków z zagranicy, a kolejny tworzył specjalne produkty dla rozwodzącego się klienta, by ochronić jego finanse przed współmałżonkiem. - Doradca to człowiek, dla którego klienci zostawiają miejsce przy stole. Nie tylko wigilijnym - mawiają w branży.
Jeśli pojawiają się kłopoty finansowe czy inwestycja okaże się - delikatnie mówiąc - mniej zyskowna, niż przypuszczano, ta cienka nić, którą przez lata snuje doradca, związując ze sobą klienta, okazuje się jedynym powodem, dla którego nie przenosi on pieniędzy do konkurencji.

Źródło: Newsweek , dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07, autor: Paulina Kochańska


Inwestycje

Krezusów dysponujących majątkiem powyżej 5 mln dolarów jest w Polsce nie więcej niż 600. Nic dziwnego, że nasz private banking wcale nie idzie w stronę elitarności, ale zaczyna trafiać pod strzechy.

Private banking to nie sklep z produktami finansowymi, jak w typowej ofercie bankowej, lecz stała współpraca doradcy z klientem w materialnej sferze jego życia. Opiera się ona na znajomości jego potrzeb i wzajemnym zaufaniu. Pieniądze, głupcze - powiedziałby tu zapewne Bill Clinton, który też powierzył majątek specom od finansów. Ich rolą jest inwestowanie pieniędzy klienta w najkorzystniejszy, a zarazem bezpieczny sposób oraz dbanie o to, aby płacił jak najniższe podatki i brał kredyty na najlepszych warunkach.
HNWI to w slangu zarządzających pieniędzmi klient o wysokich dochodach
- high-net-worth individual. O takich się walczy, bo choć stanowią oni z grubsza 10 proc. klienteli, to właśnie opieka nad ich majątkami daje bankowi nierzadko 60-70 proc. dochodów. W zamożnych krajach za próg przynależności do grupy HNWI od lat uważa się posiadanie przynajmniej miliona dolarów. Ale instytucje oferujące usługi private bankingu i tak ustalają własne kryteria. Najbardziej wyspecjalizowane, jak amerykańskie banki inwestycyjne Merrill Lynch czy Goldman Sachs, zawieszają poprzeczkę na kilka razy wyższym poziomie. Twierdzą, że przy skromniejszych aktywach trudno stworzyć w pełni indywidualną strategię inwestowania - a tylko taką oferują klientom. Większość banków jest znacznie bardziej elastyczna, podejmując się zarządzania już kwotą pół miliona - franków szwajcarskich w przypadku Credit Suisse, funtów w Barclays czy euro w UBS.
Rosnący liberalizm banków wynika z tego, że dostrzegają one zmiany w strukturze zamożności społeczeństw i przystosowują się do nich. Z roku na rok zmniejsza się bowiem grupa starych pieniędzy (old money), czyli krezusów dziedziczących wielkie, rodowe fortuny. To idealni klienci dla personal bankingu - lojalni, preferują proste instrumenty finansowe, nie mają dużych wymagań i potrzeb w zakresie bieżącej obsługi, a gwarantują pokaźne dochody. Tyle że to grupa schyłkowa.

Szybko rośnie natomiast grono nowych, aktywnych pieniędzy (new active money). To właściciele młodych firm i coraz lepiej zarabiający menedżerowie. Ci nie gwarantują doradcom bankowym spokojnego życia. Zazwyczaj nieźle się orientują w świecie finansów, oczekują najwyższej jakości usług, dostępnych 24 godziny na dobę, szybkiej informacji oraz innowacyjnych, skrojonych do ich potrzeb produktów. Chcą też aktywnie uczestniczyć w zarządzaniu swym majątkiem. Dla konserwatywnych banków bywają dopustem bożym, ale to ich liczba i majątki będą rosnąć, więc muszą się nimi zająć już teraz, nawet jeśli nie zarobili jeszcze pierwszego miliona dolarów. Trzeba zatem obniżać poprzeczkę.
Nasze banki są do tego wręcz zmuszone. W kraju o antyrynkowej przeszłości spadkobierców rodzinnych fortun, wartych miliony dolarów, liczy się w setkach, podobnie jak przedsiębiorców z list najbogatszych. Liczbę krezusów, dysponujących majątkiem powyżej 5 mln dolarów (ok. 15 mln zł), szacuje się na 500-600 osób. To niewiele jak na kilkanaście banków oferujących usługi private bankingu. Ich szansą jest rosnące lawinowo pokolenie nowych pieniędzy, właścicieli lub udziałowców powstałych w ostatnich latach spółek, dobrze opłacanych menedżerów czy ludzi, którzy zarobili na giełdzie lub na rynku nieruchomości. W trakcie trwającej już czwarty rok hossy na warszawskim parkiecie pomnożenie majątku o 150-200 proc. nie było żadnym problemem, choćby dzięki lokowaniu pieniędzy w jednostkach funduszy inwestycyjnych. Nie gorsze efekty dał przed paru laty zakup w celach inwestycyjnych mieszkań czy działek budowlanych, których ceny biją kolejne rekordy. Nic dziwnego, że segment ludzi zamożnych, z przynajmniej 500 tys. zł na koncie lub w płynnych lokatach, szacowany jest u nas na ponad pół miliona. Jest o kogo walczyć.
I walkę tę widać. O ile duże banki, jak Pekao SA, PKO BP czy BRE Bank, ustawiły próg dostępu do usług private bankingu na poziomie 500 tys. zł, to najaktywniejsze, w tym zagraniczne instytucje finansowe, sięgają po przyszłych HNWI jeszcze głębiej. ING Bank Śląski, Citibank, Noble Bank, Raiffeisen Bank Polska czy DZ Bank polują już na ludzi z aktywami rzędu 200 tys. zł. Zresztą coraz częściej pozyskuje się klientów bez pokaźniejszej gotówki, ale z wyraźnie ponadprzeciętnymi dochodami. Raiffeisen wymaga zadeklarowania miesięcznych wpływów na konto w kwocie 12 tys. zł, w Banku Millennium wystarczy 10 tys. zł, a Noble Bank zadowala się regularną inwestycją 2 tys. zł co miesiąc lub zaciągnięciem przez klienta 800 tys. kredytu na nieruchomość czy pod zastaw papierów wartościowych.

O tym, że nasz private banking nie idzie w stronę elitarności, ale zaczyna trafiać pod strzechy, świadczy dość świeża oferta Jyske Bank, jednego z największych banków duńskich, wyspecjalizowanego w obsłudze zamożnych klientów w Skandynawii oraz kilku innych krajach Europy, m.in. Francji. U nas poszedł na całość. Osobistą obsługę i szeroki dostęp do produktów inwestycyjnych proponuje już posiadaczom 20 tys. euro (niespełna 80 tys. zł). Chce w ten sposób zdyskontować zeszłoroczny sukces inwestycyjny swych funduszy (50-60 proc. zysku na inwestycjach w Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej), które znany magazyn finansowy "Global Investor" uznał za najlepsze w Europie. Pytanie jednak, czy taka oferta, warunkowana założeniem przez klienta konta w Kopenhadze lub na Gibraltarze, zasługuje na miano private bankingu z prawdziwego zdarzenia?
To samo dotyczy zresztą usług proponowanych przez wiele innych banków klientom posiadającym 200 tys. zł lub miesięczne dochody rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Przy takich kwotach mało realne jest stworzenie indywidualnej strategii czy inwestowanie w wyspecjalizowane fundusze zamknięte, gdzie progi wejścia sięgają kilkudziesięciu, a nierzadko kilkuset tysięcy złotych. Duża część przyszłych HNWI powinna więc mieć świadomość, że proponowane im przez banki usługi mają raczej charakter personal bankingu, który w środowisku finansowym uznawany jest za przedsionek prawdziwego private bankingu.
W Citibanku na przykład finansowym VIP-em można się poczuć, mając 200 tys. zł, ale dopiero 1,5 mln zł daje prawo do zindywidualizowanego zarządzania majątkiem i do obsługi w centrum inwestycyjnym. W BPH, poza standardowymi usługami dla zamożniejszych klientów, jest jeszcze segment Private Banking & Investment, dostępny powyżej 500 tys. zł. Jeszcze dalej poszedł BRE Bank, który jako pierwszy na naszym rynku wprowadził w kwietniu usługę kompleksowego zarządzania majątkiem, określaną jako wealth management. Mieści się w niej nie tylko pomnażanie majątku przez budowanie długookresowego portfela inwestycyjnego, dostosowanego do celów i struktury majątku klienta. Doradcy zajmują się także m.in. zarządzaniem aktywami pod kątem minimalizacji obciążeń podatkowych oraz w aspekcie spadkowym, tak aby dzieci klienta ponosiły jak najmniejsze koszty przejęcia majątku. Aby jednak korzystać z tych poszerzonych usług, trzeba mieć przynajmniej cztery razy większe zasoby finansowe niż standardowy w tym banku próg private bankingu, czyli ponad 2 mln zł. W Raiffeisen Bank indywidualne strategie inwestycyjne budowane są z kolei dla klientów mających w portfelu przynajmniej 10 mln zł.
Mimo różnic w jakości i zakresie usług na poszczególnych półkach private bankingu jego podstawowe standardy muszą być zachowane. Należy do nich obsługa doradcy, który już podczas pierwszego spotkania z klientem ustala wspólnie z nim profil jego ryzyka inwestycyjnego. A więc to, czy bardziej zależy mu na ochronie wart
ości kapitału, czy na maksymalizacji zysku, który przy bardzo niekorzystnym zbiegu okoliczności może nawet oznaczać straty. Wspólnie określany jest horyzont inwestycyjny, a także produkty i usługi, z jakich NHWI chce korzystać. Standardowy klient private bankingu będzie korzystał z usług doradcy obsługującego nierzadko kilkaset innych osób, czasem wręcz na zasadzie call center; zamożniejszy będzie miał osobistego doradcę, który w razie potrzeby odwiedzi go nawet w domu lub zje z nim lunch.
Zróżnicowany bywa również zakres doradztwa. W standardowym private bankingu, który w naszych realiach ma więcej wspólnego z personal banking, pracownik banku pełni głównie rolę konsultanta. Zarekomenduje produkty finansowe - fundusze inwestycyjne czy obligacje strukturyzowane - najbardziej stosowne do profilu klienta. Dostarczy prognozy i analizy dotyczące trendów cenowych na rynku akcji, towarowym, walutowym czy nieruchomości. Ale to tylko porady - decyzję o ich wyborze i realizacji podejmuje klient, biorąc na siebie ryzyko gorszych od oczekiwanych efektów inwestycji.

Paleta możliwości inwestycyjnych przyprawia o zawrót głowy. Jeszcze kilka lat temu tylko prawdziwa elita finansowa miała szanse otworzyć swój portfel na świat, szukając zysków poza warszawską giełdą i rządowymi papierami skarbowymi. Dziś produkty finansowe z całego świata są na wyciągnięcie ręki. Dzięki nim można korzystać z koniunktury na wszystkich kontynentach i to zarówno na rynkach akcji, obligacji, walut, jak i surowców. Klasyczne fundusze inwestujące w giełdowe blue chipy lub akcje małych spółek to dla inwestorów bułka z masłem. Oni stawiają na wyspecjalizowane fundusze, inwestujące na dynamicznych rynkach Azji czy Ameryki Południowej lub w spółki rozwojowych branż z różnych regionów, np. biotechnologiczne. Coraz bardziej przekonują się też do funduszy hedgingowych, stosujących skomplikowane i ryzykowne strategie inwestycyjne, których celem jest uniezależnienie inwestora od wahań koniunktury. Operując instrumentami pochodnymi (opcje, kontrakty, krótka sprzedaż), zarządzający ich portfelami potrafią bowiem zarabiać także na spadkach cen.
Coraz większą popularność zdobywają tzw. produkty strukturyzowane, zwane też hybrydowymi, łączące bezpieczeństwo klasycznych lokat bankowych czy obligacji skarbowych z wyrafinowanymi instrumentami finansowymi, których celem jest windowanie zysku. Mają one dać klientowi pewność, że nie straci, a zarazem spore szanse na ponadprzeciętny zysk. Konstruowane są tak, by zapewnić dywersyfikację lokat - branżową, geograficzną, walutową - a tym samym dywersyfikację ryzyka. Taka lokata może być oparta na indeksie giełdowym lub całym koszyku indeksów różnych giełd, ale też na kursach walut, indeksach cen surowców czy stopach procentowych. Ostateczny dochód jest zależny od rynkowej koniunktury, ale nie może spaść poniżej gwarantowanego minimum, bazującego na lokacie lub obligacji.
Pakiet produktów dla klientów private bankingu jest z grubsza ten sam. Pomijając niektóre typy funduszy zamkniętych, zwłaszcza hedgingowych, gdzie minimalna kwota lokaty może sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. A także specyficzne produkty tylko dla najbogatszych - np. niepubliczna oferta pod nazwą Club Deal w Citibanku, gdzie grupa inwestorów musi zgromadzić kwotę przynajmniej 1,5 mln dolarów, czy tzw. private placement w Deutsche Bank, produkt inwestycyjny skrojony na miarę dużego inwestora, który jednak musi zaangażować ok. 1 mln euro. Na dobrą sprawę nie chodzi jednak o kwestię dostępności produktów, ale o to, czy klienci muszą sami podejmować decyzje o ich wyborze, czy też robi to za nich specjalista.
Zamożniejsi HNWI mogą bowiem korzystać z usługi zarządzania majątkiem. Tym samym cedują na bankowych fachowców konkretne działania mające na celu ochronę i pomnożenie ich kapitału. Ustalają z nimi tylko typ portfela inwestycyjnego. Później to już doradcy dokonują transakcji na papierach wartościowych, instrumentach giełd towarowych (np. kontrakty terminowe na ropę naftową, produkty rolne czy złoto) czy też na rynku walutowym forex. - Dla klienta dysponującego odpowiednio dużym majątkiem bank może przygotować praktycznie dowolny produkt inwestycyjny - mówi Agnieszka Chorążewska-Wojtiuk, dyrektor segmentu prestige w Banku Millennium.
Dla klienta niewielkie znaczenie ma to, czy w jego portfelu znajdzie się 3-miesięczna lokata intorwestycyjna BRE Banku, powiązana z kursem euro, a oprócz niej 3-letnia lokata Himalaja w Banku Millennium, której efekty zależą od ewolucji indeksu Nikkei na giełdzie w Tokio oraz zmian wartości koszyka surowców, z miedzią na czele. Równie dobrze może to być zorientowany na emerging markets fundusz inwestycyjny Merrill Lynch, fundusze z gwarancją zachowania kapitału (typu Lokata Azjatycka w BPH) czy wręcz fundusze z polisą ubezpieczeniową, np. oferowana wspólnie przez ING i Nationale-Nederlanden lokata ILU, pozwalająca dodatkowo na odroczenie podatku od zysków do czasu zakończenia inwestycji. Dla klienta ważny jest tylko efekt tych poczynań. Jeśli nie będzie satysfakcjonujący, po roku czy dwóch latach zmieni bank.

Polskiemu private bankingowi sporo jeszcze brakuje do standardów zachodnich, bo jest on skrojony na potrzeby bogacącego się dopiero społeczeństwa. Ale dystans ten szybko się skraca. Niedawne pojawienie się u nas art bankingu, czyli doradztwa przy zakupie dzieł sztuki, jest tego potwierdzeniem.

Żródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Miłosz Węglewski


Platynowa przyjaciółka

Najbogatsi trzymają w portfelach symbole prestiżu: złote i platynowe karty. Dzięki nim przestają martwić się o cokolwiek. Bank może im zorganizować całe życie.

Posiadacze złotych i platynowych kart to z założenia osoby, które płacą nimi często i wydają dużo. Aby kawałek plastiku w portfelu dawał im pełnię szczęścia, banki zapewniają wysokie limity kredytowe. Dla kart złotych to przeciętnie do 50 tys. złotych. Przy platynowych klient może negocjować, a pole tych negocjacji bywa bardzo szerokie: w PKO BP karta MasterCard Platinum może mieć limit do 200 tys. zł, w Kredyt Bank nawet 250 tys. złotych. Z reguły oprocentowanie kredytu dla kart prestiżowych jest niższe przynajmniej o 2-3 punkty niż dla zwykłych. Jednak o wyjątkowości tych kart nie świadczą lepsze parametry, ale dołączane pakiety usług dodatkowych. Wśród nich wyróżnić można dwie kategorie: jedne dają poczucie bezpieczeństwa, drugie - luksusu i elitarności.
Same tylko limity kredytowe (wysokie) i oprocentowanie (niskie) zachęcają do częstego wyjmowania karty z portfela. Programy rabatowe to dodatkowy impuls. Dzięki nim można dziś nie tylko taniej kupić ubrania czy zapłacić mniejszy rachunek w restauracji. Właściciel platynowej karty może na przykład skorzystać z usługi zwanej consierge, dzięki której nie musi się o nic martwić. Wystarczy jeden telefon do bankowego konsultanta, a ten zarezerwuje stolik w restauracji, dostarczy bilety na mecz, a nawet znajdzie opiekunkę do dziecka.
Wśród banków wyróżnia się Citibank - jego program rabatowy ma największy rozmach. Jedna z egzotycznych ofert gwarantuje właścicielowi platynowej karty zniżki na najbardziej ekskluzywnym pasażerskim transatlantyku świata Queen Mary 2 i słynnym żaglowcu Sea Cloud. Pekao SA mocniej stoi na ziemi i dla posiadaczy kart Visa Platinum stworzyło program Private Consulting. Zapewnia preferencyjne warunki obsługi w prawie 60 renomowanych firmach doradztwa prawnego, podatkowego, pośrednictwa w obrocie nieruchomościami i sztuką.
Wysokie limity kredytowe mogą być powodem równie wysokich strat. Dlatego banki oferują pakiety ubezpieczeń zapewniających ochronę tym klientom, z których kartą na zakupy wybrał się złodziej, i gwarantują pokrycie takich zobowiązań. Takie ubezpieczenie mają w ofercie obowiązkowo wydawcy prestiżowych kart. Klienci mogą liczyć na pokrycie wszelkich wydatków powyżej 150 euro za transakcje przeprowadzone w ciągu 72 godzin przed zastrzeżeniem karty. Niektóre banki ubezpieczają gotówkę wypłacaną z bankomatu. Jeśli pieniądze zostaną skradzione w ciągu 24 godzin od chwili wypłaty - pokryją straty. Banki na bieżąco monitorują też transakcje przeprowadzane za pomocą kart i kontaktują się z klientem, jeśli jakaś jest na tyle wysoka, że budzi podejrzenie.
Bardziej wyrafinowaną usługą jest odszkodowanie za zakupiony towar, jeśli zostanie zniszczony lub skradziony. Okres ochronny trwa na ogół do 30 dni. Niektóre banki mają też w ofercie tzw. gwarancję najniższej ceny, co zwalnia ich klientów z konieczności tropienia atrakcyjnych okazji. Jeśli różnica w cenach kupowanych towarów będzie wyższa niż 200 zł, banki ją zwrócą. Gwarancję taką mają w swej ofercie m.in. BZ WBK, Citibank, Kredyt Bank, Millennium.
Posiadacze prestiżowych kart, którzy płacą nią za bilet, automatycznie zostają objęci ochroną ubezpieczeniową. Pokrywa ona koszty leczenia, a jeśli wypadek zdarzy się za granicą - koszt transportu chorego do kraju. Na pomoc mogą też liczyć ci, których bagaż zawieruszy się na lotniskach albo przydarzy się opóźnienie czy odwołanie lotu. Wówczas dostaną odszkodowanie albo nocleg w hotelu. Do kart platynowych dodawana jest karta Priority Pass, dzięki której jej właściciel może korzystać ze specjalnych pomieszczeń wypoczynkowych na lotniskach. Z kolei program IAPA daje zniżki w hotelach i wypożyczalniach samochodów na całym świecie.
Banki zakładają, że w szczególny sposób powinny zatroszczyć się o swych najlepszych klientów, gdy ci wyjeżdżają za granicę. Na wypadek kłopotów z prawem oferują im możliwość skorzystania z pomocy adwokata. Proponują nawet ubezpieczenie, z którego wypłacą pieniądze na pokrycie kaucji sądowej. Dodatkowo ubezpieczają od odpowiedzialności cywilnej, czyli wszelkich szkód wyrządzonych przez posiadacza karty. Banki różnie rozkładają odpowiedzialność za zdarzenia, które mogą się przytrafić w podróży, ale limity odszkodowań bywają bardzo wysokie - w Citibanku aż do 200 tys. dol., w BPH do 100 tys. dol., w BZ WBK 300 tys. zł, w MultiBanku do 120 tys. złotych.

Banki tak cenią swoich najbardziej zamożnych klientów, że pomagają im nawet wtedy, kiedy - chwilowo - przestają zarabiać. Niektóre zabezpieczają ich na przykład na wypadek utraty pracy
- biorą na siebie ciężar spłaty minimalnej kwoty zadłużenia. W idealnej sytuacji jest posiadacz karty BZ WBK Porsche - może nawet dostać świadczenie (do 4 tysięcy złotych) za każdy miesiąc bez pracy.
Oczywiście banki pomogą też w spłacie zadłużenia, gdy klient nie ma takiej możliwości z przyczyn losowych, na przykład z powodu wypadku czy ciężkiej choroby. Bank i wtedy jest do dyspozycji: zorganizuje pomoc lekarza, opiekę pielęgniarki, transport medyczny, dostawę leków. Zatroszczy się nawet o rodzinę klienta, zapewniając opiekę nad dziećmi. Posiadacze kart Platinum w Citibanku mogą skorzystać z Drugiej Opinii Medycznej - jeśli poważnie zachorują, bank załatwi dla nich konsultację u wysokiej klasy specjalistów z klinik w Europie i USA. A wyspecjalizowani konsultanci banku udzielą odpowiedzi na pytania dotyczące leczenia, podadzą adresy i godziny otwarcia aptek czy szpitali.
Do konsultantów można dzwonić właściwie ze wszystkim. Mają pod ręką repertuary teatrów, koncertów czy imprez sportowych. Najświeższy wynik meczu też znają. Klienci, którzy planują egzotyczną podróż na koniec świata, mogą liczyć na fachowe porady o miejscu docelowym, klimacie, wizach czy wymaganych szczepieniach. Bez pomocy nie pozostanie również kierowca, który utknął na drodze w nieznanej mu okolicy: konsultanci zasugerują najlepszy objazd albo skierują do najbliższej stacji benzynowej czy warsztatu.
Jeśli klient wyrazi takie życzenie, bank zajmie się również organizacją jego wolnego czasu. Zarezerwuje stolik w restauracji, zamówi i dostarczy bilety do kina, na koncert czy na mecz. Pod wskazany adres wyśle bukiet kwiatów czy zakupy. Konsultanci przygotują wypoczynek, rezerwując hotel i bilety na samolot. Możliwości bankowych usług wydają się nieograniczone - wszystko zależy od potrzeb i zachcianek klienta. Banki chętnie podejmą się każdego zadania. Przecież ostatecznie i tak za wszystko zapłaci klient - oczywiście korzystając ze swej karty kredytowej.
Dla tych najbardziej wymagających przeznaczone są pakiety usług określane terminem concierge, oferowane przez BRE Bank, Citibank, MultiBank, Pekao SA. Można zlecić bankowi wykonanie właściwie każdej usługi lub zapytać o dowolną kwestię. Zatrzaśniemy w samochodzie kluczyki, zalejemy mieszkanie - żaden kłopot. Wystarczy telefon do banku, a resztę załatwi wyznaczony do tego konsultant. Zasada działania jest prosta: przedstawiciel banku kontaktuje się ze specjalistą z danej branży, który należy do sieci assistance, np. z elektrykiem, szklarzem czy ślusarzem. Następnie kalkuluje koszt, potwierdza zamówienie usługi i dokonuje płatności kartą klienta. Klientowi pozostaje tylko spokojnie czekać na pomoc.
W różnych bankach pakiet usług consierge zawiera jednak inne propozycje. Posiadacze karty VISA Platinum Raiffeisen Clubu korzystają z serwisu, który jest dostępny przez 24 godziny na dobę. Raiffeisen Concierge umożliwia korzystan
ie z bogatej oferty usług na całym świecie, takich jak np.: organizacja i dostawa zakupów, biletów na imprezy sportowe i kulturalne (również do kin i teatrów), organizacja wypoczynku (hotel, wycieczki, bilety), rezerwacja sal konferencyjnych, restauracji, organizacja samochodu zastępczego i wynajmu limuzyny, organizacja opieki dla dzieci oraz usług drobnej pomocy domowej. Koszty zleceń każdorazowo przedstawiane są do akceptacji klienta jeszcze przed wykonaniem danej usługi.
Podobnie jest np. w BRE Banku. Serwis concierge to szybka pomoc w każdej sytuacji. Konsultanci pomagają klientowi w wyszukaniu sprawdzonego warsztatu naprawczego, pomocy drogowej, wypożyczalni samochodów czy też należących do sieci assistance: hydraulika, elektryka, ślusarza lub szklarza, a w razie potrzeby - umówią z odpowiednim specjalistą.
W ramach organizacji usług klienci private banking BRE Banku mogą też zlecić organizację i dostarczenie pod wskazany adres biletu na koncert, mecz czy spektakl, zorganizowanie wypoczynku w wybranym miejscu na świecie (rezerwacja hotelu, pensjonatu, wycieczki, biletów lotniczych, kolejowych itp.), dokonanie rezerwacji w wybranej restauracji, klubie sportowym, centrum biznesowym, stacji obsługi pojazdów itp. Koszty usług i ich organizacji, po uprzednim zaakceptowaniu, pokrywa klient. Są jednak bankowcy, którzy radzą: nie przeceniajmy roli pakietów premiowych. To tylko dodatki. Główną potrzebą zamożnych klientów jest profesjonalne doradztwo finansowe. I to od jego poziomu zależy, jak ocenią swój bank.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Paulina Kochańska


Emerytura na ścianie

Art banking, czyli inwestycje w dzieła sztuki, wymaga wiedzy i sporych nakładów już na starcie, ale to jedna z najlepszych (i najprzyjemniejszych) lokat kapitału.

W październiku ubiegłego roku amerykański magnat hotelowy Steve Wynn niechcący wybił łokciem pokaźną dziurę w obrazie "Le Rźve" Picassa wiszącym w jego gabinecie. Nie przeszkodziło mu to w sprzedaży arcydzieła - oczywiście po kosztownej i pieczołowitej renowacji - za 139 mln dolarów, choć na jego zakup wydał, jak głoszą plotki, nie więcej niż 50 mln zielonych. Jak widać, dzieła sztuki są bardzo odporne na utratę wartości. I dlatego coraz częściej stają się lokatą kapitału.
Polska na razie znajduje się na uboczu tego trendu, głównie ze względu na to, że bez minimum miliona złotych na starcie możemy zapomnieć o sensownym inwestowaniu w sztukę. Nieliczna, ale szybko rosnąca grupa zamożnych Polaków zaczyna jednak doceniać ten sposób lokowania pieniędzy. Dlatego wiele wskazuje na to, że dziś jesteśmy w przededniu rozkwitu inwestycji w dzieła sztuki. Sytuacja przypomina tę na rynku nieruchomości sprzed kilku lat, kiedy błyskawicznie rosła popularność inwestycji. A i skala zysków czekających na przyszłych posiadaczy Rembrandtów czy Caravaggiów może być podobna, jeśli nie większa. Rzecz jasna tylko wtedy, jeśli za kapitałem pójdzie również solidna wiedza ułatwiająca wyłowienie perełek. Jeśli więc nie jesteś, drogi czytelniku, koneserem malarstwa, lepiej powierz swoje pieniądze instytucjom specjalizującym się w inwestowaniu na rynku sztuki.
Najkrótsza droga wiedzie przez private banking oferujący doradztwo w tego typu inwestycjach - zwane art banking. W ramach tego typu bankowości klienci przedstawiani są fachowcom z branży. W Polsce działają podmioty podejmujące się inwestycyjnego doradztwa, jeśli chodzi o sztukę właśnie, a nawet prowadzące na życzenie klientów usługę, którą można by nazwać art management. Specjaliści w imieniu klientów dokonują transakcji kupna i sprzedaży eksponatów.
Takie rozwiązanie wydaje się najbardziej sensowną inwestycją, bowiem gromadzenie eksponatów pod własnym dachem może się okazać niebezpieczne. Nie chodzi nawet o ryzyko kradzieży - przed tym można się ubezpieczyć. Rzecz w tym, że właściciele np. obrazów, nawet jeśli kupili je w celach inwestycyjnych i do tej pory nie mieli do czynienia ze sztuką, dość szybko łapią bakcyla i zamiast myśleć o realizacji zysków, zaczynają się zastanawiać, jak rozbudować kolekcję. Trudno im rozstać się z obrazem, który nie dość, że uświetnia gabinet, to w dodatku z czasem zyskuje na wartości.
Inwestycje w obrazy czy rzeźby proponowane są w Polsce osobom posiadającym aktywa w wysokości mniej więcej miliona złotych. Dysponowanie takimi pieniędzmi nie oznacza jednak, że kupowanie dzieł sztuki będzie najlepszym rozwiązaniem. Trzeba bowiem pamiętać o klasycznych zasadach inwestowania. Podstawową kwestią jest udział sumy, jaką chcemy na to przeznaczyć, w całym naszym majątku oraz poziom jego obciążenia innymi zobowiązaniami. Aby dobrze skonstruować strategię, należy też określić własny profil inwestycyjny. Mowa m.in. o preferowanym horyzoncie czasowym - a więc okresie, na jaki chcemy i możemy ulokować pieniądze, oraz nastawieniu do ryzyka inwestycyjnego, czyli akceptacji ewentualnych niekorzystnych zmian posiadanych aktywów.
Zachętą do przyjrzenia się inwestycjom w sztukę niech będzie fakt, że zyski z handlu dziełami są wolne od podatku dochodowego, jeśli tylko przerwa między transakcją kupna i sprzedaży eksponatu przekracza sześć miesięcy. Pół roku to jednak zbyt krótko, aby osiągnąć satysfakcjonujący zysk. Najkrótszy okres, jaki powinno się rozważać przy takich inwestycjach, to pięć lat. Jest to uzasadnione tym bardziej, że wartościowych i wiekowych dzieł nie przybywa (zwłaszcza że najbardziej poszukiwanym towarem są obrazy czy rzeźby artystów nieżyjących), dzięki czemu wartość prac rośnie w tempie geometrycznym i to w sposób niezależny od koniunktury na rynkach finansowych. Trudno się spodziewać, by ceny obrazów były zależne od kosztów farb, a posągów z brązu od koniunktury na rynkach metali. Inwestycja w sztukę jest więc idealnym narzędziem do zdywersyfikowania portfela - o niewielu aktywach można powiedzieć, że są niewrażliwe na to, co dzieje się na rynkach.
Istotnym czynnikiem wpływającym na zyskowność takich inwestycji jest poziom zamożności społeczeństwa. Im liczniejsza klasa średnia, tym większy popyt na dzieła, których ceny w takiej sytuacji rosną. Za sztandarowy przykład niech posłuży współczesna Rosja - nowobogaccy milionerzy są w stanie zapłacić kilka milionów euro za obraz rosyjskiego malarza, który przed dekadą nie był wyceniany nawet na jeden procent obecnej sumy. Również w Polsce inwestycje w sztukę cieszą się coraz większym poważaniem. W modzie jest zwłaszcza malarstwo realistyczne z końca XIX wieku. Hitem polskich aukcji od lat są sceny rodzajowe Alfreda Wierusza-Kowalskiego - litewskie sanny, polowania, konne przejażdżki. Historycy sztuki powiedzą o nim tyle, że był niezłym rzemieślnikiem w swoim fachu. Ale inwestorzy wiedzą, że w ciągu pięciu lat cena jego konwencjonalnych obrazów może wzrosnąć nawet czterokrotnie. Oczywiście jak każdy rynek, tak i sztuka podlega określonym trendom - raz w modzie są realiści, innym razem impresjoniści, a kiedy indziej ludzie potrafią zapłacić małą fortunę za ewidentny kicz.
Rynek kolekcjonerów rządzi się swoimi prawami, dlatego dobrze jest skorzystać z wiedzy ekspertów na ten temat, zwłaszcza jeśli sztukę traktuje się w kategoriach inwestycji. Z paru tysięcy malarzy, którzy co roku opuszczają mury akademii sztuk pięknych, zaledwie kilku cieszy się później rynkowym uznaniem. Tak-
tyka wybierania dzieł sztuki na chybił trafił niekoniecznie musi się sprawdzić. Chyba że obraz kupujemy tylko w celach dekoracyjnych - wtedy jest to wyłącznie sprawa gustu.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 Mariusz Latek, autor jest pracownikiem Noble Banku


Bankier zaplanuje i zapłaci

Ojczyzną prywatnej bankowości jest Europa, ale najnowsze trendy pojawiają się w Stanach Zjednoczonych. Powód? To w Ameryce mieszka najwięcej bogaczy.

W Stanach Zjednoczonych usługi typu private banking są podzielone na kategorie.
Większość banków ma osobne oddziały do obsługi klientów bogatych i superbogatych. Oba rodzaje usług mieszczą się w kategorii bankowości prywatnej, choć oferta często różni się od siebie, bo ktoś, kto posiada, powiedzmy, 2 miliony dolarów, ma inne potrzeby niż ten z 200 milionami. Obsługa interesów superbogatych częściej przypomina pracę z wielkimi instytucjami biznesowymi niż zarządzanie osobistym majątkiem. O tych klientów toczy się między bankami zacięta rywalizacja, a do działów bankowości prywatnej trafiają najlepsi z najlepszych doradców.
Amerykańscy bankierzy podzielili najbogatszych na dwie kategorie: high-net-worth individual (HNWI) i ultra-high-net-worth (UHNWI). Pierwsi dysponują co najmniej milionem dolarów, drudzy co najmniej 30 milionami. To właśnie ci drudzy mogą liczyć na szczególne względy. "Forbes" szacuje, że na świecie jest ich 70 tysięcy. Aż 29 tysięcy z tej grupy to Amerykanie. 371 mieszkańców USA to miliarderzy.
Przy obliczaniu majątków ludzi bogatych nie uwzględnia się najczęściej wartości pierwszej rezydencji - czyli tej, w której mieszka klient - i bierze pod uwagę przede wszystkim wartość płynnego kapitału. Gdyby jednak uwzględniono wartość domu klienta, przy obecnych cenach nieruchomości w USA miliony mieszkańców takich stanów jak Kalifornia czy Nowy Jork byłyby milionerami.
Ale i tak liczba potencjalnych klientów private bankingu jest w USA ogromna. Według TNS Financial Services w 2005 roku było tam 8,9 miliona gospodarstw domowych, których wartość majątku (bez uwzględniania pierwszej rezydencji) przekraczała milion dolarów. W porównaniu z 2003 r. oznaczało to wzrost aż o 33 procent. Według szacunków Merrill Lynch i Capgemini, do których przyjęto bardziej restrykcyjne kryteria obliczania wartości majątku (przede wszystkim wartość zainwestowanych aktywów), liczba milionerów sięga 1,9 mln osób.
Jeszcze do niedawna zwyczajowo za granicę zamożności pozwalającą na zakwalifikowanie się do private bankingu przyjmowano próg miliona dolarów. Dziś konta bankowe w ramach private bankingu często można otworzyć z wkładem w wysokości 50 tys. lub 100 tys. dolarów, ale np. Morgan Stanley i Merrill Lynch stawiają na klientów przynajmniej z siedmiocyfrowymi rachunkami.
- Dziś wiele ekskluzywnych usług dla prywatnych inwestorów dostępnych jest w dużych bankach dla osób posiadających kapitał inwestycyjny warty co najmniej 5 milionów dolarów - mówi Arthur Dolega, makler polskiego pochodzenia, prowadzący w Nowym Jorku mały butik inwestycyjny Vision Financial Service.
Zdobycie szczegółowych informacji dotyczących private bankingu jest o tyle trudne, że sami maklerzy i menedżerowie kont najbogatszych ludzi to osoby bardzo dyskretne. - Od wielu lat między bankowością prywatną a zwykłymi kontami inwestycyjnymi buduje się chiński mur - mówi zastrzegający anonimowość doradca finansowy Morgan Stanley. Klient korzystający w USA z bankowości prywatnej może liczyć nie tylko na dochowanie tajemnicy przez instytucję finansową, ale także na fachowe doradztwo, jak unikać płacenia podatków poprzez odpowiednią alokację kapitału. Właściciele bentleyów, maybachów, rolls-royce'ów, prywatnych odrzutowców i ekskluzywnych jachtów
też nie zwierzają się z tego, o czym rozmawiają za zamkniętymi drzwiami ze swoimi bankierami.
Działy bankowości prywatnej każdej z trzech największych instytucji finansowych w USA - UBS AG, Citigroup oraz Merrill Lynch - obracają kapitałem najbogatszych ludzi szacowanym na bilion dolarów. Większość banków inwestycyjnych w USA pobiera od swoich klientów opłaty proporcjonalne do zainwestowanego kapitału. Przy 100 tys. dolarów regułą jest 3 proc., ale przy milionie lub więcej wysokość opłat można już negocjować. Klienci mogą także liczyć na szczególne względy przy negocjowaniu oprocentowania kredytów czy lokat bankowych.
Klient najczęściej kontaktuje się z jedną osobą, która jest menedżerem jego inwestycyjnego konta i głównym doradcą finansowym ustalającym cele inwestycyjne. Menedżer jest następnie odpowiedzialny za inwestowanie pieniędzy według wskazówek właściciela.

Cechą charakterystyczną amerykańskiej bankowości prywatnej jest lokowanie kapitału w zamkniętych prywatnych funduszach (private trusts). Wielu bogatych ludzi posiada kilka czy nawet kilkanaście takich funduszy, mających na celu zabezpieczenie członków rodziny albo finansowanie działalności charytatywnej. Prywatny bank wyznacza doradcę, który bierze na siebie prowadzenie funduszu, poczynając od płacenia rachunków na wypadek choroby jego właściciela, a na regulowaniu kwestii podatkowych kończąc. Fundusze pozwalają także na szybkie uregulowanie kwestii spadkowych po śmierci bogatej osoby, ponieważ to właśnie banki - powiernicy załatwiają takie sprawy jak wypełnianie sądowych dokumentacji oraz rozdysponowanie majątku ruchomego i nieruchomego. Mogą także nadzorować wydawanie pieniędzy przez osobę niepełnoletnią.
W ostatnich latach coraz większą popularnością wśród ludzi bardzo zamożnych cieszą się także alternatywne narzędzia inwestycyjne, przede wszystkim fundusze hedgingowe. To również oferta tylko dla bogatych. Ale inwestowanie w takie fundusze wymaga jeszcze większych pieniędzy i nie zawsze można w dowolnym momencie wycofać się z inwestycji. Mimo to zainteresowanie funduszami hedgingowymi rośnie, a w ostatnich latach wiele banków (np. JP Morgan Chase, Citigroup czy Lehman Brothers) zainwestowało w nie, aby włączyć ich ofertę do portfeli inwestycyjnych.
Wielkie banki zaczęły także tworzyć specjalne oddziały alternatywnego inwestowania, tocząc bezpardonową walkę o najlepszych menedżerów. Ostatnio Citigroup złożył na przykład ofertę przejęcia funduszu Old Lane tylko dlatego, by przejąć jego szefa Vikrama Pandita i postawić go na czele oddziału inwestycji alternatywnych. Czego się nie robi dla najbogatszych.

Źrodło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Tomasz Deptuła


Wstrętny dom pełen pieniędzy

Przez wieki banki były najbardziej znienawidzonymi instytucjami, a ich właścicieli uważano za najgorszy gatunek człowieka. Jednak trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat bez udzielanych przez banki kredytów.

Ten sposób zarobkowania jest w najwyższym stopniu przeciw naturze - pisał
o profesji bankowca w IV wieku p.n.e. Arystoteles. W swym dziele "Polityka" oceniając różne zawody, twierdził, że: "(...) już z najzupełniejszą słusznością znienawidzone jest rzemiosło lichwiarza, ponieważ w tym wypadku osiąga się zysk z samego pieniądza, który mija się ze swoim przeznaczeniem. Stworzony został bowiem do celów wymiany, a tymczasem przez pobieranie procentów sam się pomnaża". Tak jeden z najwybitniejszych myślicieli w dziejach oceniał rewolucyjne zmiany gospodarcze, jakie zachodziły w jego świecie.
Około trzystu lat wcześniej na terenie Lidii w Azji Mniejszej (dziś nazywanej Anatolią - część Turcji) oraz w rejonach wielkich handlowych metropolii, Byblos i Tyru (dzisiejszy Liban) pojawiły się pierwsze monety, wybite ze szlachetnego kruszcu. Wynalezienie umownego przedmiotu, którym można było płacić za towary i usługi, nie tylko zrewolucjonizowało handel. Dało także możliwość udzielania pożyczek. Szybko znaleźli się ludzie potrafiący ciągnąć z tego zysk, niestety, głównie kosztem bliźnich, którzy pod zastaw dawali nie tylko swój majątek, ale też żonę, dzieci, a nawet samego siebie. Działalność pierwszych lichwiarzy potrafiła zachwiać całymi państwami. W Atenach w VI w. p.n.e. tak wielu mieszkańców zostało niewolnikami z powodu niespłaconych kredytów, że powstał ruch polityczny domagający się powszechnego oddłużenia. Jego przywódca Solon, gdy objął władzę w 594 r. p.n.e., oprócz zreformowania systemu politycznego Aten przeforsował też prawo umarzające długi i przywracające wolność niewypłacalnym kredytobiorcom sprzedanym na targach niewolników.
Pomimo powszechnej niechęci do lichwy, jaka się wówczas narodziła w Grecji, przynoszone przez nią zyski powodowały, że nie brakowało chętnych, by się nią zajmować. A i bardzo szacowne instytucje szybko przestały się brzydzić. Jak pisze Wojciech Morawski w książce "Zarys powszechnej historii pieniądza i bankowości", pierwsze banki z prawdziwego zdarzenia powstały w świątyniach. Przechowywały one depozyty pozostawiane przez wiernych, a także udzielały kredytów o niezbyt wygórowanym oprocentowaniu. Co wcale nie znaczyło, że ludzie zawsze potrafili je spłacać. Wielce prawdopodobne jest, że szewc Herostrates podpalił w 356 r. p.n.e. jeden z siedmiu cudów świata - świątynię Artemidy w Efezie nie po to, żeby zdobyć nieśmiertelną sławę. Miał kłopoty ze spłatą pożyczki i postanowił pozbyć się problemu, likwidując instytucję, która jej udzieliła.
Podobnie negatywne emocje profesja bankiera budziła wśród starożytnych Rzymian. Jak pisał Cyceron w dziele "O powinnościach", cieszący się wielkim autorytetem senator Katon Starszy na pytanie, jak ocenić zawód lichwiarza, odparł: "A jak trzeba ocenić zabójstwo człowieka?". Takie
opinie sprawiły, że Rzymianom ze stanu senatorskiego prawnie zabroniono zajmować się bankierstwem. Dzięki temu wyrosły wielkie fortuny obywateli stanu śred-niego - ekwitów. Stworzone przez nich placówki bankowe przyniosły światu antycznemu wiele nowinek, takich jak np. gwarancje finansowe dla klientów, którzy pożyczali pieniądze gdzie indziej, prowadzenie ścisłych ksiąg rachunkowych, wreszcie obrót bezgotówkowy, czyli rozliczanie się między bankami przez zmianę zapisów w księgach, bez przelewania gotówki. Te wynalazki umożliwiły rozkwit handlu na terenie nie tylko całego imperium, ale nawet prowadzenie wymiany z tak odległymi krajami jak Chiny. A budowane w ten sposób bogactwo stało się podstawą potęgi Rzymu.
Jednocześnie Rzymianie starali się dbać, by nadmierna lichwa nie doprowadziła obywateli do nędzy. Dlatego już w I w. p.n.e. wydano akty prawne nakazujące, by kredytodawca nie mógł żądać wypłaty
odsetek większych niż jedna dziesiąta udzielonego kredytu. Zabroniono też sprzedawania w niewolę niewypłacalnych dłużników - bankierzy mogli co najwyżej przejmować prawa własności do ich majątków oraz dzieci.

Mimo że dzięki kredytom budowano drogi i wielkie gmachy, religie, które wówczas się kształtowały, zgodnie potępiały działalność bankową. Stary Testament surowo zabraniał Żydom udzielania sobie nawzajem pożyczek innych niż nieoprocentowane, acz nie podtrzymywał tego zakazu w kwestii kredytowania przez żydowskich lichwiarzy innowierców. Nowy Testament w ogóle zakazał domagania się zwrotu pożyczki większej niż udzielona. Najbardziej elastyczny w sprawach finansowych okazał się Mahomet. Wprawdzie Koran potępiał lichwę, ale dopuszczał np., by bankier kupował od klienta symboliczny przedmiot po cenie pożyczki, po czym dłużnik spłacał kredyt, odkupując ten przedmiot za sumę powiększoną o oprocentowanie. Dlatego gdy Imperium Rzymskie legło w gruzach, rolę największych bankierów na świecie przejęli Arabowie. Oni to obsługując kupców na olbrzymim obszarze od Hiszpanii po Indie i Chiny, wymyślili list kredytowy, będący praprzodkiem czeków podróżnych. Wystawiany na konkretną osobę umożliwiał odbiór gotówki na drugim końcu świata, a dla band rozbójników grasujących na szlakach handlowych nie miał żadnej wartości. Arabscy bankierzy nauczyli też swych chrześcijańskich kolegów, jak obchodzić zakazy religijne.
W Europie, gdy w XII wieku odradzał się handel i rzemiosło, potrzebnych kredytów udzielali głównie Żydzi. Działo się tak, bo Kościół twardo obstawał przy regule mówiącej, że człowiek pobierający procenty od pożyczonych pieniędzy może dostąpić zbawienia dopiero, gdy w ramach zadośćuczynienia za ten grzech odda dłużnikom zabrane im odsetki. Biorąc przykład z muzułmanów, chrześcijańscy bankierzy umawiali się więc z pożyczkobiorcami, że ci wypłacą im odszkodowanie, gdy spóźnią się z oddaniem pożyczki, i oczywiście każdy dłużnik miał obowiązek się spóźnić.
Pierwszą wielką instytucją bankową średniowiecznej Europy stał się w tym czasie zakon templariuszy. Swą karierę bracia zaczęli od przechowywania pieniędzy i kosztowności powierzanych im przez uczestników wypraw krzyżowych. Jako że mieli placówki w całym świecie chrześcijańskim, pomagali też przy dokonywaniu transakcji finansowych. Nikogo przy tym nie oszukiwali, więc wkrótce zdobyli takie zaufanie, że z ich usług korzystali nawet monarchowie i papieże.
Jednak bogactwa uzyskane w drodze uczciwej działalności bankowej ściągnęły na zakon zagładę. Król Francji Filip IV Piękny, prowadząc liczne wojny, bardzo potrzebował pieniędzy, a długów nie miał już z czego spłacać. Na jego polecenie w październiku 1307 r. aresztowano przebywającego w Paryżu wielkiego mistrza zakonu Jakuba z Molay i ponad setkę jego najbliższych współpracowników. Choć oskarżono ich oficjalnie o czary i konszachty z diabłem, co oznaczało niechybną karę śmierci, templariusze bardzo ofiarnie strzegli swych tajemnic. Niektórzy w ogóle odmówili składania zeznań i król Francji, by zdobyć informacje o ich interesach i miejscach przechowywania skarbów, nakazał zastosowanie podczas przesłuchań wszelkiego rodzaju tortur. W czasie śledztwa zmarło prawie 40 mnichów. Ci, którzy przeżyli, spłonęli na stosie. Majątek zakonu skonfiskowano ale legenda o tym, że zakonnicy nie wydali wszystkich przechowywanych depozytów, jest żywa do dziś.
Kontakty banków z cierpiącą stale na brak pieniędzy władzą świecką nie należały w tym czasie do bezpiecznych, no, chyba że sami bankierzy obejmowali rządy. Tak działo się we Włoszech, gdzie po zagładzie templariuszy przeniosło się finansowe centr
um Europy. We Florencji całym miastem rządził zakulisowo ród Medyceuszy. Od kiedy w XIV w. zostali oni bankierami papieży, zbudowali rodzinną firmę, mającą swe filie nie tylko w miastach włoskich, ale też m.in. w Londynie, Genewie, Awinionie. Jeśli jakieś miasto dostawało się pod florencki protektorat - jak na przykład Siena - od razu wprowadzali w nim zakaz działalności bankowej dla swych wszystkich konkurentów. Na ich polecenie w 1477 r. wygnano z Florencji także Żydów.
Po pozbyciu się konkurencji Medyceusze mogli podnieść stopy procentowe kredytów, co jednak nie wyszło im na dobre. Rok później zawiązał się spisek innych bankierów, wspierany przez papieża Sykstusa IV. Głowa rodu Julian Medici zginął w zamachu. Ale władzę we Florencji utrzymał jego brat Lorenzo (w Polsce znany jako Wawrzyniec Wspaniały) i bank Medyceuszy istniał jeszcze kilkadziesiąt lat. Do upadku doprowadziła go rozrzutność spadkobierców oraz konkurencja na rynku finansów. Bankierzy z innych miast włoskich unowocześnili bowiem funkcjonowanie swych placówek, stosując m.in. naliczanie odsetek kredytowych w procentach (a nie tradycyjnie w ułamkach) i upraszczając księgowość.

Diametralnie stosunek do bankowości zmienił także Kościół. Jako że kredyt mogli dostawać tylko bogaci, by poprawić los ubogiej ludności, w 1462 r. franciszkanie pod wodzą św. Jana Kapistrana i św. Bernardyna ze Sieny otworzyli w Perugii pierwszy bank montes pietatis (bank pobożny). Udzielał on nisko oprocentowanych kredytów - w skali rocznej od 4 do
10 proc. - by zapobiegać szerzeniu się lichwy. Franciszkańska sieć placówek szybko stała się poważną konkurencją dla tradycyjnych instytucji.
Tymczasem po Medyceuszach pałeczkę największych bankierów w Europie przejęli Fuggerowie. Twórca potęgi rodu arcybiskup Moguncji Jakub II Fugger w 1487 r. udzielił pożyczki księciu Zygmuntowi Habsburgowi, którą ten spłacił udziałami w kopalniach srebra. Zdobyty kapitał pozwolił Fuggerom stworzyć sieć kantorów kredytowych. Pieniądze pożyczali od nich cesarze i papieże. To najpierw doprowadziło ród na sam szczyt powodzenia, ale potem stało się przyczyną krachu. Najlepszy pożyczkobiorcy - królowie Hiszpanii - pod koniec XVI wieku tak wyeksploatowali swój kraj, że kilkakrotnie ogłaszali bankructwo, nie oddając Fuggerom ani grosza. Do tego jeszcze stojący na czele rodu Marek Fugger okazał się utracjuszem i nie miał głowy do interesów. Bank upadł. I to w czasach, gdy bankierstwo wreszcie przestało być pogardzaną profesją.
Do tej społecznej rewolucji przyczyniły się poglądy głoszone przez reformatora religijnego Jana Kalwina. Jego teoria predestynacji mówiąca o tym, iż jeśli ktoś osiąga sukces finansowy, to znaczy, że Bóg chce go zbawić, zrobiła wielką furorę wśród elit finansowych. Oto po raz pierwszy religia nie tylko nie potępiała lichwy, ale wręcz nakazywała darzyć szacunkiem ludzi, którzy ją uprawiają.
Banki w każdym nowoczesnym państwie stały się w tym czasie koniecznością. Dzięki nim prowadzenie wymiany handlowej było łatwiejsze, a wielkie przedsięwzięcia gospodarcze, jak choćby kompanie handlowe, eksploatujące podbite ziemie w dalekich koloniach, mogły w ogóle powstać. Nowa epoka narzucała też ściślejsze powiązania sektora bankowego z państwem. Jak zrobić to najlepiej, przypadkiem wymyślili Anglicy. Szukając nowych pieniędzy na prowadzenie wojny, rząd londyński zdecydował się nałożyć podatek na towary przewożone drogą morską. Jego pobór, w zamian za 1,5 mln funtów pożyczki, postanowiono wydzierżawić prywatnej spółce kierowanej przez Williama Pattersona. Sprytny Szkot zgodził się, ale postawił warunek: przy okazji założony zostanie bank akcyjny, finansowany z pobieranego podatku. W 1694 r. na mocy aktu prawnego Tonnage Act (w pierwotnym zamyśle mającego dotyczyć jedynie pobierania opłat od okrętów i łodzi) powołano zarządzany przez gubernatora i radę dyrektorów Bank of England (Bank Anglii). Otrzymał on przywilej emisji banknotów i zajmował się
kredytowaniem działań rządu, będąc jednocześnie od niego zupełnie niezależny. Z czasem Bank of England przekształcił się w pierwszy na świecie bank centralny, a sposób jego funkcjonowania naśladowano w wielu innych krajach.
Coraz ściślejsze powiązania polityki i bankowości dawały szansę na karierę ludziom, którzy umieli zależność tę wykorzystywać. Mayer Amschel Rothschild zaczynał od skromnego kantoru w żydowskim getcie miasta Frankfurt nad Menem, ale dzięki pożyczkom udzielonym władcom państewek niemieckich pod koniec XVIII w. został najważniejszym bankierem w Rzeszy. Jednak jego najlepszą inwestycją okazali się synowie. Od dziecka przyuczał ich do fachu, a gdy dorastali, ekspediował do innego kraju, by tam prowadzili interesy rodu. Najstarszy z nich, Amschel, został skarbnikiem Konfederacji Niemieckiej, młodszy Salomon zdobył urząd skarbnika na dworze w Wiedniu, Nathan kierował placówką w Londynie, Jakub filią banku w Paryżu, a najmłodszy Carl osiadł w Neapolu.
Europą wstrząsały wojny napoleońskie, a Rothschildowie pomagali jak mogli każdej ze stron konfliktu. I tak Jakub został bliskim współpracownikiem francuskiego ministra skarbu Nicolasa Molliena. To dzięki niemu Napoleonowi nie brakowało pieniędzy na utrzymanie armii. Po drugiej stronie frontu w Londynie Nathan kredytował nie tylko imperium brytyjskie, ale też walczących z wojskami Bonapartego hiszpańskich partyzantów. A gdy powstawała w 1811 r. konieczność dostarczenia złota dla walczącej w Hiszpanii z Francuzami armii Wellingtona, zrobił to za pośrednictwem kierowanej przez brata paryskiej filii banku.

Przy czym operacje finansowe rodzina Rothschildów przeprowadzała z tak daleko posuniętą dyskrecją, że wszyscy korzystający z usług ich banku byli zadowoleni.
Nic dziwnego, że kapitał ich firmy rósł w tempie geometrycznym, m.in. po takich wydarzeniach jak bitwa pod Waterloo. O jej wyniku urzędujący w Londynie Nathan dowiedział się wcześniej niż ktokolwiek inny dzięki systemowi komunikacyjnemu banku. Umożliwiło mu to poczynienie odpowiednich zakupów na giełdzie, a gdy je skończył, wysłał posłańca z wiadomością o upadku Napoleona do nieświadomego jeszcze niczego brytyjskiego rządu.
Rothschildowie nie dopuścili też nigdy do podzielenia majątku. Wszystkie ich małżeństwa były zawierane w gronie rodziny, a kobiety wychodzące za mąż za kogoś z zewnątrz wydziedziczano. Tradycję tę utrzymano przez prawie dwieście lat. Richard Conniff w "Historii naturalnej bogaczy" przytacza badania genetyków, którzy przeanalizowali pięć pokoleń rodu. Wyliczyli, że obecny współczynnik pokrewieństwa wśród członków rodziny (fachowo nazywa się go współczynnikiem reprodukcji wsobnej) wynosi 0,064 i jest 256 razy większy niż w przeciętnej rodzinie. Wygląda to tak, jakby Rothschildowie od pięciu pokoleń żyli na wyspie zamieszkanej przez 38 osób.
To poświęcenie dla dobra banku przynosiło efekty jeszcze w połowie XIX w. Rothschildowie dominowali na rynku
finansowym, a założony przez nich bank Creditanstalt był najnowocześniejszą taką instytucją w Europie. Potem jednak
potężniejsze okazały się banki tworzone jako spółki akcyjne oraz towarzystwa kredytowe, pożyczające gotówkę na inwestycje przedsiębiorcom. Na początku XX w. największym bankiem komercyjnym świata był Lloyd's Bank ze zgromadzonymi 355 mln dolarów depozytu. Drugi był Credit Lyonnais - 336 mln dolarów, a trzecim Deutsche Bank - 306 mln. Te wielkie instytucje skredytowały rewolucję przemysłową i budowę nowoczesnej zachodniej cywilizacji.
W nowym stuleciu wielkim kapitałem stała się też absolutna dyskrecja. Że dzięki poważnemu traktowaniu tajemnicy bankowej można świetnie zarobić - najlepiej dowiedli tego szwajcarscy bankierzy. Większe banki zaczęły powstawać w tym kraju dopiero w połowie XIX w., a
le nikt z zagranicznych inwestorów nie brał ich poważnie, dopóki nie wybuchła I wojna światowa. Wówczas Szwajcarzy udowodnili, że zachowywanie tajemnic to ich specjalność.
Przez następne dziesięciolecia niespokojnego XX wieku niewiele rzeczy uznawano za bardziej solidne od szwajcarskich banków. A wszystko dla-
tego, że jeszcze do
niedawna wydobycie od nich jakichkolwiek informacji o osobach korzystających z ich usług wydawało się niemożliwe. To zaś owocowało stałym napływem zamożnych, acz nie zawsze uczciwych klientów.
Potem, gdy czasy zmieniły się na spokojniejsze, rynki finansowe zdominowały te banki, które jako pierwsze przekształciły się w instytucje ponadnarodowe. Zarówno prywatne, jak i działające pod egidą rządów państwa, jak np. Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Postęp technologiczny sprawił, że obracały coraz częściej nie tyle szlachetnymi kruszcami lub wartościowymi papierami, lecz wirtualnymi zapisami w księgach rachunkowych, rezygnując nawet z zapewnienia im pokrycia w rezerwach złota. Te zmiany doprowadziły do rewolucji, która odmieniła codzienne życie przeciętnych zjadaczy chleba.
Tuż po II wojnie światowej pojawiły się pierwsze karty płatnicze. Ich znaczenie wzrosło, gdy w 1951 r. Franklin National Bank ogłosił, że będzie respektował również karty wydawane przez konkurencję. Inni szybko musieli pójść w jego ślady. Siedem lat później uniwersalne karty wprowadził American Express. Lata siedemdziesiąte XX w. przyniosły narodziny dwóch elektronicznych systemów obiegu gotówki - VISA oraz MasterCard. Dziś karty z tymi znaczkami znajdują się w portfelach większości mieszkańców Zachodu. Kolejną rewolucję w bankowości zainicjował rozwój internetu - coraz więcej banków przenosi do wirtualnego świata obsługę klientów.

I tak stopniowo bankowcy ze znienawidzonych niegdyś lichwiarzy stali się wyjątkowo szanowanymi obywatelami. A kierowane przez nich korporacje, oferując powszechną dostępność do kredytów, dają konsumpcyjne szczęście dziesiątkom milionów ludzi. Przynajmniej do czasu, póki bank nie upomni się o uzupełnienie debetu na koncie, a klient nie uświadomi sobie, że nie ma go czym wypełnić. Wtedy zwykle doświadcza uczuć podobnych do tych, jakimi lichwiarzy obdarzali jego starożytni przodkowie.

Źródło: Newsweek, dodatek "PRIVATE BANKING" Numer 19/07 autor: Andrzej Krajewski